Zabezpieczony: Nieco sucha ballada

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Kto bogatemu zabroni?

Siemanko, witam wszystkich ponownie. Grono moich czytelników pewnie już zmniejszyło się do rozmiarów okolicznej grupy modlitewnej kuł żywego różańca, hehe. Po ostatnim symbolicznym poście zostali tylko najwierniejsi. Tym razem nie będę się rozdrabniał na drobne tylko przejdziemy do konkretów. Niezbyt dobrze radziliście sobie z czytaniem wpisu o długości najnowszej srajtaśmy firmy mola o zapachu lawendy, więc dzisiaj będzie wpis symboliczny, hehe.

Jest godzina piersza minut jedenaście, wszystkie duszki poszły spać tylko jeden mały duszek wziął papierek, poszedł srać, hehe. Pewnie co niektórzy z was teraz śpią w piżamach a Rafał programuje transformersy na poniedziałkowy wykład, hehe. Tradycyjnie muszę wam wspomnieć, że moje poszukiwania dziewczyny niestety i tym razem nie dały rezultatu. Nawet myślałem, dlaczego tak się stało. Kurde balans, ja taki piękny, bogaty, inteligentny chumanista a lachony nie chcą się do mnie kleić. Ale po wielu obliczeniachprzeanalizowaniu problemu, doszłem do jedynej, poprawnej i satysfakcjonującej odpowiedzi. One po prostu nie chcą podchodzić, wiedzą, że takie ciacho musi być już dawno zajęte, jak kibel na centralnym w warszawce, hehe.

Lata leco i blog się zmienił jak cholera. Jest wiele spraw na które chciałbym tutaj ponarzekać, ale przecież to nie sprawa dla reportera z Jaworowicz, co jak siedzi to jej nogi tworzą kąt ostry z podłogą, hehe. Jest starsza od węgla ale wygląda jak Madonna po pientnastu operacjach plastycznych i korekcji dupy. Nie będę wam zamulał, dlatego tak skrótowo przedstawię co robiłem. To będzie rodzaj szczerej spowiedzi, jak przed pierszo komuniom, kiedy to powiedziałem księdzu nawet o tym, że ukradłem koledze paczke kulek do pistoletu a potem oszczelałem osiedlowych lamusów, hehe.

Wspomnienia mode ON, hehe. Powiem wam szczeże, że tym razem to już nie będę trzepał przeglądał rozmów z moimi laseczkami, którym codziennie zdaję relację z tego co robiłem, jak moi dawni koledzy kuratorowi, hehe. Zresztą, jest ich tyle, że gdybym miał od każdej wziąć po zdaniu z rozmowy i spisać na kartki, to ja nie wiem czy encyklopedia Kutenberga Gutęberga Gutenberga, nie byłaby od tego dokumętu  chudsza, hehe. Nie śpimy, lecimy! Mamo dzisiaj jade na szybkim internecie, nie wyłączaj korków, syn tworzy dzieło, hehe.

W poprzednim poście, w którym trochę się rozpisałem wspominałem o swoich gorączkowych poszukiwaniach zawodu, w kturym mógłbym się zrealizować.Ryczałem jak bubr, że nie chcą mnie nigdzie, a wszystko przez to, że skończyłem prestiżowe gimnazjum numer dwanaście, gdzie prędzej nauczysz się ulicznych sztuk walki za centralą, ( gdzie miejsce miały wszelkie męskie sprzeczki ), niż czegoś co Ci się w życiu przyda, na przykład potęgowania macierzy, hehe. Moje CV widziało już pół miasta, a w pijackich melinach naśmiewali się, że wpisałem do niego pracę na czarno. Każdy punkt był tutaj na wagę białego złota, więc musiałem kombinować, czym jeszcze oczarować mojego pracodawcę. Wkleiłem zdjęcie od Donata i byłem z siebie dumny – takiego CV już nikt nie odrzuci, hehe. Pewnego dnia, kiedy wstałem z koja i właśnie wygrzebywałem z nosa kolejną kozę , zadzwonił telefon. Pomyślałem, że to pewnie mama dzwoni, żeby przypomnieć mi, że mam zdjąć ze sznura uprane staniki moich kochanek, ale jednak była to jakaś inna kobieta. Chciałem się rozłączyć, bo znałem już ten schemat - zaraz by mi nawijała, że chce alimentów, hehe. Okazało się, że była to oferta pracy w telemarketingu. Zgodziłem się, bo pomyślałem, że jak dalej nic nie zarobię, to niedługo będę sklejał bułkę tartą i smarował ją masłem z tej bidy. Poszedłem na rozmowę kwalifikacyjną, ku mojemu zdziwieniu byłem tam praktycznie sam. „No cuż, hehe – pewnie przyjmujo tylko najlepszych” – pomyślałem. Rozmowę ze mną przeprowadzała pewna panienka. Znam po nazwisku łajze, hehe. Ale umówmy się, że jak zdradzę jakieś nazwisko, to będzie fikcyjne, niczym oszczędności Marcina, albo w ogóle, będę mówił bezimiennie, jakbym o psie opowiadał, hehe. Bo google jednak gryzie, ktoś wpisze to nazwisko a potem moją mordę będą pokazywać w fakcie na pierwszej stronie ( a moją kochanke na ostatniej, hehee ). Jak już mówiłem, wszedłem na rozmowęOdstawiłem się w koszuline, chociaż słońce prażyło w dupsko. Nawet się ogoliłem maszynką filmy polsilver, co razem z zarostem zrywa z człowieka pół mordy. Ogólnie rzecz biorąc, starałem się, bo uznałem, że już nie mam honoru zawodowego i mogę nawet macać te kury, bylebym dostał dużo siana, za mój wysiłek.I tak sobie gadaliśmy, jak głupi i ułomny. Pierwszy raz w życiu kobieta chciała się dowiedzieć czegoś więcej o mnie, hehe. Utrzymywałem z nią kontakt wzrokowy bo od patrzenia na cycki wypalało mi spojówy. Ja na jej triki już byłem nastawiony, bo uważni czytelnicy pamiętają, jak skończyłem rozmowę w technikolorze, zanim ją w ogóle zaczołem. Kazała mi przekonać siebie, że lepiej mieszka się w Radomiu. Nie wiedziałem co powiedzieć, więc rzuciłem argumentem, że Radom to czarna dziura Polski i mamy tani alkohol z czech – pół litra za 7,50. „Gratuluje, zapraszam na szkolenie w piątek”. Ależ oczywiście, przyjade motorem.

Szkolenia były takie pasjonujące. Wyszedłem głupszy niż byłem wcześniej. Poznałem kilka lachonów, ale do żadnej nie zagadywałem, bo po co miałem im robić nadzieje, hehe. Na spotkaniach nadawali nam od groma makulatury. Niejedno drzewo musiało zaryć mordą o runo leśne, po to żebym miał na kartkach gotowy skrypt rozmawiania z rekinami biznesu. Moja praca miała polegać na sprzedaży dofinansowań unijnych. Do jasnych kominów, jak można sprzedawać dofinansowania. A można, hehe. Wystarczy, że zatrudnisz ekspertów, co to odwalą za Ciebie papierki, a ty im zapłacisz dwie stówki i możesz popijać drinka z palemką, a unia z radością, da Ci dolary, które przecież Ci się należą, hehe.

Pomińmy szczegóły i przenieśmy się w czasie. Zacząłem pracę, pełen zapału, pełen życia, pełen optymizmu. Dali mi komputer, podobny do amigi. Jak wyglądał, tak pracował, hehe. Nawet excel się tam wieszał. Mój sprzęt do prowadzenia rozmów stanowiły stare słuchawki marki marketówka ( bardzo dobra marka, polecam, hehe ) które wyglądały, jakby robił je przysypiający w pracy chińczyk. Dalej, miałem też coś skajpopodobnego, czyli program napisany przez gimbusów z elektronika, hehe. Używając tego gówna musiałem obdzwonić cały kraj z nadzieją, że ktoś będzie frajerem i skusi się na fikcyjne fundusze, hehe. Zacząłem dzwonić do przypadkowych ludzi. „Panie daj pan spokój”, „nie dzięki”, „nie potrzebuje”, „mam teraz w łóżku rozgrzaną piętnastkę i nie mam czasu rozmawiać”, „jest homilia synu, nie przeszkadzaj” – to najczęstsze przyczyny odmowy współpracy.  Ja jednak jestem dzielny niczym brus li we wściekłych pienściach kulawego wenża osiem i kontynuowałem swoją ciężką harówę, hehe. Czekałem tylko na fajrant, bo tego dnia mieliśmy kulturalnie z Marcinem zachlać pałę, tym razem bez namiotu, hehe. Agnieszka szykowała dla nas imprezę stulecia lepszą niż odpust w Kowali, hehe.

Przetyrany jak baranie rogi wróciłem na swój kwadrat, jak mawiają pro elo ziomy, hehe. W garze znalazłem szpachetki a tuż obok makaron. Stwierdziłem, że zjem coś, ażeby wódka miała w co wsiąkać, hehe. Mieliłem kluski, a Michaś bombardował mnie wiadomościami, że niedługo przyjedzie. Nie było czasu, więc w ramach mycia, polałem sobie glacę wodą z czajnika. Wyrobiłem się jak drzwi na poczcie, ale mazdy w kolorze ciemnej fuksji nigdzie nie było. Rozglądałem się nawet za okolicznymi rowami, ale nawet tam jej nie znalazłem, hehe. Okazało się, że burżuazja jeździ teraz peziotem. Niewiele myśląc, zanurzyłem swoje dupsko w miętkim welurze i obraliśmy zgodnie kurs gołembiów, bo Karolina chciała tym razem iść z nami w tango. W stonce kupiliśmy trzy butelki wódki i dwie kiełbaski, czyli zestaw polskiego grillowicza, hehe. Niedługo potem znaleźliśmy się w Sławnie.

Aga słynie ze swojej gościnności, więc jak nakazuje etykieta, zaprosiła nas do garażu, hehe. Bawiłem się zestawem małego majsterkowicza, bo na stole jeszcze nie było wódki. Mogłem przyjrzeć się Patrycji z bliska. Taki piękny widok widziałem ostatni raz na moście w Ciechocinku, hehe. Gdybym złapał złotą rybke i powiedziałaby mi, że mam prawo wybrać sobie przyszłą żonę i może to być Aga lub Patrycja, to nie mógłbym się zdecydować i mała, złota łajza skończyłaby na patelni, hehe. Już prawię się zakochałem, ale na stół wjechała nalewka i to na nią przelałem swoje wszystkie uczucia, hehe. Siedzieliśmy i dyskutowaliśmy z kolegami o przyszłości narodu polskiego. Żartowałem. Tak naprawdę to o cyckachkiełbasie, hehe.

Deszcz padał obficie i szambo przebojowych sióstr prawie osiągnęło poziom alarmowy, więc zdecydowaliśmy, że wodę będziemy spuszczać tylko po grubszej potrzebie. Na szczęście alkohol jest moczopędny, a na grube potrzeby, jest czas o poranku, hehe.Baliśmy się, że zawartość szamba wybije jak gejzer w nowej zelandji i pozalewa nam nowe laczki z czterema paski z targu na ślonskiej. Nic takiego nie miało jednak miejsca i mogliśmy się alkoholizować, udając że tak naprawdę to pieczemy kiełbasy, hehe. Zdradliwe ogórki, które opisywałem już po melanżu u Jurka powodowały w mojej głowie szum. Momentami zdawało mi się, że jestem na statku, bo nieźle bujało, hehe. Jako wodzirej wymyśliłem, że będziemy pić za każdego gościa po kolei, hehe. Dobrze, że to nie było wesele, bo zanim doszlibyśmy do cioci Helenki, żony wujka Stasia, syna Jana, od dziadka z pierwszego małżeństwa leżałbym z gicami wyciągniętymi na OIOMie, po płukaniu bębna, hehe. Tego wieczora sypnąłem Michałowi więcej komplementów niż mamie wtedy, kiedy potrzebuje pieniędzy, hehe. Dzięki temu w przyszłości Michał pozwoli mi potrzymać mu drabinę za trzy złote za godzinę.

Z godziny na godzinę mogło być tylko gorzej. Nam wszystkim łącznie ze starszą i mądrzejszą panną Przybylską włączył się tryb filozofa. Mimo pięciu promili, które radośnie hulały w moich żyłach, rozmawialiśmy o polityce, aborcji i człowieczeństwie. Momentami nie wiedziałem co do nich gadam, ale udawałem mądrego, jak zwykle, hehe. Ktoś przychodził, ktoś odchodził, ale nie potrafiłem tego ogarnąć. Nawet jakby dołączyła do nas Sasha Grey, poklepałbym ją po plecach, przyznał że w ubraniu ciężko ją poznać, po czym kazałbym jej sobie polać, hehe. Wtedy dopadł mnie pijacki aldzhajmer. Jakimś cudem znalazłem się w saloniku. Musiałem uważać, żeby nie wdepnąć w dziewczyny, hehe. Na dywanie, gdzie leżały panienki też można niezłego komara przyciąć – a wiem co mówię – komornik zabrał mi łóżko, hehe. Ich kręgosłupy lubią to. Karolina, zażyczyła sobie herbaty. Jestem dżętelmenem przez duże DŻ, więc szedłem do kuchni, jakbym jechał slalom na wrotkach. Parzenie jej erl greja w moim stanie było jak podpisanie na siebie wyroku śmierci, hehe. W jakiś cudowny sposób chyba przekazałem polecenie Patrycji. A może i nie przekazałem? Cholera wiebyłem już bardziej zalany niż mazda Michała po wypłacie, hehe.

Poszedłem do Patrycji po mapę dojścia do kibla, hehe. Pęcherz cisnął mnie już tak bardzo, że gdybyście puścili mi wtedy nagranie wodospadu, zapewne zejszczałbym się w pory. Mimo, że ciało było gibkie jak dupa tancerki na karnawale w rijo de żanejro, umysł zachował resztki trzeźwości. W głowie miałem już wizje wielkiej, kompromitującej gleby na mordę przy otwarciu drzwi do garażu. Spiąłem poślady, przyjąłem pokerfejs i otworzyłem wrota. Dobrze mi szło, do momentu kiedy zszedłem ze stopnia. Postawiłem nogę na ziemi, jakby ważyła tyle co tylny wahacz od żuka, hehe. Myślałem, że już narobiłem wystarczającej siary, kiedy właśnie mózg uznał, że stół jest jeszcze lepszym miejscem do spania niż podłoga. W pozycji „na weselnika” usnąłem między kielichami a niedojedzoną karkówką. Kiedy się obudziłem, trzeba było już wracać, bo Michał miał niedługo wypuścić kury z obory. Wsiedliśmy w Peżota, a Marcin postanowił, rzutem na taśmę odebrać mi tytuł kretyna dnia. Spytał, gdzie jest Karolina, mimo, że siedziała obok niego. Zdral to nie nazwisko. Zdral to stan umysłu, hehe.

Sam wracałem do życia. Chciałem sobie otworzyć drzwi do domu, ale za cholere żaden klucz nie pasował. Już myślałem, że pomyliłem chaty. Jak już znalazłem ten właściwy, dostałem jakiejś padaczki połączonej z parkinsonem. Moja celność była porównywalna do celności ślepego myśliwego strzelającego z łuku w ucho bażanta. Nie dawałem rady i zamiast otworzyć sobie drzwi, wystukiwałem w nich końcówką klucza prośbę o pomoc w alfabecie morsa. W końcu zaparłem się o nie, skupiłem bardziej niż gimbusy na testach gimnazjalnych i udało mi się otworzyć. Poszedłem spać, odświeżając powietrze w pokoju, zapachem spirytusu, hehe.

Agnieszce i Patrycji chciałbym podziękować w tym miejscu, za to, że dały mi bezkarnie przepłukać ósemki nalewką własnej roboty. Dziewczyny, chociaż po pijaku nie idzie was rozróżnić, to melanż był gruby, jak siostry grycanki. Ale słyszałem, że robicie Sylwestra, hehe. Agnieszka, nie mów, że pierwsze słyszysz. Mówiłem Ci już o tym, dwa razy przecież, hehe. W każdym razie, dzięki za zaproszenie, pozdrawiam serdecznie, mamusię też ucałujcie. Przyznam szczerze, że spuściłem wodę jak nie patrzyłyście. Hehe, ale ze mnie nygus.

Powrót do życia oznaczał dla mnie powrót do łagru, w którym znalazłem się na swoje życzenie. Wkręciłem się w moją pracę, jak golf w obroty, hehe. Szło mi tak dobrze, że ciągle sprzedawałem zero pakietów. Szlag trafiał codzienne cztery i pół godziny konwersacji z Wieśkiem, czy Jankiem, co sprowadza bite samochody ze Szwajcarii, składa jeden z pięciu, a potem sprzedaje jako bezwypadek na alledrogo i wydaje mu się, że jest rekinem biznesu, a jego firma to złoty interes, hehe. Dzwoniłem do takich oszołomów, że choćby spuchła Ci bania i tak tego nie ogarniesz. Wśród potencjalnych klientów był makdonald, parafia świętego Eustachego, klub sportowy KS Żołądź czy chociażby dom publiczny. Moja firma wymyśliła, że przekwalifikują się i zaczną sprzedawać szkolenia dla innych firm. Ich tematyka była tak badziewna, że nawet okoliczny menel Mietek, nie poszedłby na nie za darmo. Musiałem każdemu, do kogo dzwonię, przedstawiać przykładowe tematy, ale chyba wolałbym już im powiedzieć, że jestem cyganem i zbieram jałmużne. Jak ktoś, kto prowadzi firmę i dobrze mu idzie, może iść na szkolenie z zakresu sprawnego zarządzania firmą. To tak jakby zadzwoniła do mnie jakaś zdesperowana studentka i powiedziała, że za trzy stówy nauczą mnie jak robić kanapkę z serem i keczapem, hehe.

Mimo wszystko nie poddawałem się. Codziennie Karolina, moja przełożona, przynosiła mi coraz to nowsze i głupsze papierki, którymi miałem ochotę podetrzeć sobie dupsko. Na kartkach były napisane jej teksty, które wypadałoby powiedzieć klientowi, ale składnia zapisanych przez nią zdań była gorsza niż w wypracowaniu szóstoklasisty, hehe. Sama Karolina, była idiotką, której wystawała słoma z butów. Gdybyście wyrwali z ziemi buraka, na którym leżałaby jeszcze świeża warstwa gnojówki i założylibyście mu blond perukę to byłaby wykapana Karolina, hehe. Moje wyniki były żałosne, ale codziennie na bezczela obiecywałem, że jutro będzie lepiej. Jak dzwonił do niej klient, podawała się za specjalistę od dofinansowań. Tak naprawdę to jej powinni dofinansować plastykę mordy i logopedę bo miała trudności z wypowiedzeniem niektóhych litehh, hehe.

Innym ciekawym okazem była Anna. Ta to dopiero lancypudra. Do pracy przychodziła w takim stroju jakby po fajrancie szła prosto do filharmonii, hehe. Miała farbowany blond i grzywę jak Hanka Bielicka pod pachami, ale mimo wszystko nie była taka tragiczna. Flaga na ryj i za Ojczyznę, hehe. Chodziła między boksami jakby zgubiła tam dwa złote, jednocześnie zaglądając nam w pulpity. Ja tymczasem korzystając z mojego oka w dupie wstawałem z krzesła, robiłem rozpoznanie i kiedy nie było jej w pobliżu, wypisywałem na fejsie do swoich dupeczekhehe. Anna w tej firmie miała największą wyobraźnię. Kiedy mówiła, że powinniśmy sprzedać tyle i tyle pakietów, zdarzyło mi się opluć przeżutym klapsznitem z serem, myśląc że to marny suchar, hehe. Spinała się bardziej niż gimbusy na jutubie. Do niej też robiłem maślane oczy, a jak pytała jak się pracuje przyjmowałem minę Mileny na czołówce, hehe.

Mimo wszystko jakoś szła ta fuszerka. Im więcej tam pracowałem, tym krótsze były moje rozmowy. Raz dostałem nawet po uszach, za to że kiedy klient mówi nie, ja dziekuję za rozmowę, hehe. Przykładowe rozmowy zapisywałem w w moim terminarzyku, uginającym się do telefonów do laseczek, po to, żeby umieścić je na blogu dla potomnych, hehe. Marcin dostał prawie szczękościsku i wody w kolanach, bo nie chciałem mu pokazać tak zwanych perełek, czyli mistrzów rozmowy, z którymi przyszło mi się chapać, hehe. Dobra, już wklejam, mam nadzieję że mi darujesz mukę co mi miałeś strzelić za to, że dostałeś podręcznikiem od angielskiego po mordzie.

Dałem podział na role, [A] to ja ( A jak Adrjan, czaicie co nie, hehe ), a [K] to klient:

A: – Czy chciałby pan skorzystać z dofinansowania z Unii Europejskiej?
K: – Ja nie bardzo ale mam kolege *bla bla* on wymyślił nowoczesne maszyny lecznicze *bla bla bla* szuka pieniędzy, jemu to by się przydało bo tak jak mówię…
3 minuty później
A: – A jeśli chodzi o pana, czy myślał Pan nad pozyskaniem funduszy?
K: – Ja nie, ale tak jak mówię mój kolega… *bla bla* wymyślił supernowoczesne maszyny…
2 minuty później:
A: – YYY, w takim razie dziękuję, do usłyszenia

A: -…może pozwoli mi Pan chociaż przedstawić ofertę firmy?
K: – a może ja przedstawie Panu kolegę, on lubi lody, zrobi mu pan?
A: – JAK POZNAM KOLEGĘ TO POMYŚLĘ HEHE

A: …ja informuję, że nasza rozmowa jest nagrywana, co obliguje mnie do przekazywania prawidłowych informacji
K: W takim razie dziękuję bardzo!
A: Rozumiem. A jaki jest powód Pana rezygnacji?
K: Nikt mnie nie będzie nagrywał bo nie wyraziłem zgody! Dziękuję, do widzenia!
A: *FACEPALM*

A: Czy któreś z oferty naszych szkoleń interesowałoby Pana, albo czy chchciałby Pan zaproponować własne, żebyśmy mogli takowe w przyszłości wprowadzić do naszej oferty?
K: Tak. Co zrobić żeby wypić litr wódki i żeby sie nie upić. Czy zjeść kilo smalcu do tego czy co
A: HEHE. Chyba mocną głowę trzeba po prostu mieć

K: Wie pan co, ja nie mam czasu teraz rozmawiać bo mnie wołają właśnie…
*Głos z oddali*: Jacek, kurwa, idziesz czy nie?!

K: Proszę Pana, ja nie mam teraz czasu rozmawiać, jestem na dachu i beton zalewam

K: Ja pójdę na to szkolenie, jak mi Pan zapłaci za nie? No co, zapłaci pan?
A: A jak Pan idzie do sklepu po chleb, to każe Pan piekarzowi zapłacić?
K: *fafluni się*

K: Dobrze, ja nie mam teraz czasu, przepraszam bardzo ale tu dzieci…
*głos dziecka*: MAMA, KUP MI HAMBURGERA

A: A jaki jest powód Pana rezygnacji?
K: Ja nie mam czasu, człowiek jeździ w te i wewte, haruje jak wół, ja od klienta do klienta po czternaście godzin. wszystko przez Tuska, i ja na niego głosowałem… Może czabyło na tego Kaczyńskiego on taki pobożny to może by ludzi nie oszukał… Jak mi Pan załatwisz żebym sie z Tuskiem spotkał w cztery oczy i powiedział mu parę rzeczy to już dzisiaj bym wsiadł i jechał

A: Ja dzwonię do Pana z Ogólnopolskiego Instytutu Szkoleniowego z ofertą szkoleń
K: Proszę Pana, nie wyświetlił mi się Pana numer więc nie będziemy kontynuować tej rozmowy, dziękuję i do widzenia!

A: Ja dzwonię do Pani z ofertą szkoleń
K: A JAKIE TO SOM SZKOLENIA
A: To są szkolenia z zakresu sprawnego zarządzania firmą, a przykładowym tematem jest: „Zarządzanie ludźmi, firmą w sytuacjach krzyzysowych” czy chociażby „Pozyskiwanie kapitału ze środków Unii Europejskiej”. Każde szkolenie trwa od sześciu do ośmiu godzin i kończy się otrzymaniem certyfikatu
K: PSZE PANA! Ja już wszystko wiem i niczego nie potrzebuję, bo to co pan mi mówi to są BZDETY. W 6-8 godzin to się nie można niczego nauczyć. A ten certyfikat to sobie możecie w dupcię wsadzić, dzienkuję do widzenia! *sama do siebie* Oni mnie szkolenia proponują, będą mnie szkolić! HAH!
A: NO, NO, FAJNIE

A: A jaki jest powód Pana rezygnacji?
K: A co to ja muszę się panu tłumaczyć?!
A: Nie, ale dla własnej wiadomości chciałbym wiedzieć.
K: Powód jest taki że nie, bo nie
A: Aaaa to bardzo ciekawy powód! Dziękuję, do widzenia! Miłego dnia życzę!

A: …ja dzwonię do Pana z ofertą szkoleń.
K: proszę Pana, czy Pan sobie żartuje?! Dzisiaj jest sobota, dzień wolny!
A: niestety, niektórzy, na przykład JA pracują w sobotę
K: to bardzo panu współczuję w takim razie! sobota to jest czerwony dzień w kalendarzu i wolny od pracy, nie rozumie pan?
A: nie każdy przedsiębiorca siedzi w domu
K: Mogę jakiś numer telefonu do przełożonego?!
A: Ciekawe po co to panu, przecież to ich nakaz żeby dzwonić, hehe. Myślę, że dalsza rozmowa nie ma sensu, dziękuję i do widzenia

A: Dzień dobry.
K: *rozłączył się*

K: Ja nie wiem, czy Pan coś do mnie dobierze, bo ja mam nie firmę a fundację
A: Eee, to w takim razie nie ma sensu. Dziękuję Panu
K: Jak Pan uważa…
A: No mogę Panu wymienić przykładowe tematy szkoleń. *wymieniam od niechcenia*
K: Brzmią ciekawie! Chętnie się zapoznam, proszę o maila

Prawie jak frugo, klient, który upomina się o produkt, oszołom jakiś, hehe

K: A skąd Pan ma mój numer, że tak spytam?
A: Numer mam w bazie danych.
K: *ze śmiechem* Łoooo!
A: Noo, mam tu napisane też że to jest firma *nazwa firmy* w *miejscowość* *śmiech*
K: Łoooo, he-he-he to już sporo wiecie o mnie! he-he-he

K: Słuchaj POJEBIE skąd masz mój numer?
A: Numer jest w bazie danych.
K: Przestań do mnie dzwonić idioto, bla bla bla….
A: Dobrze, w takim razie będe musiał się rozłączyć
K: No, to SPIERDALAJ!
A: hehe

Ile razy już na końcu języka miałem kilka siarczystych epitetów. Za każdym razem musiałem sobie jednak strzelić lepę i ogarnąć te nieczyste myśli. Wyobraźcie sobie, że klient wydziera się na mnie, a ja wtedy mówię: zamknij mordę kasztanie, czego ryja drzesz, hehe. To było niezgodne z moją religią. Po śmierci poszedłbym do kociego piekła i za karę musiałbym walczyć ze śmietnikowcami o pajdę chleba. Byłem kurtularny i miły, mimo, że pękała mi już żyłka w dupie od tego opanowania. Mimo to, któegoś dnia zaliczyłem pierwszą sprzedaż. Glorja! Były oklaski, były gratulacje. Czułem się tak ważny, że już miałem prosić o panienki i in z tonikiem, hehe. Potem już jechałem jak gołym dupskiem po nieheblowanych deskach. W ciągu swojej kariery telepajaca zdobyłem czterech klientów. Jakiś stary dziad, który prowadził warzywniak gdzieś na drugim krańcu polski, zepsuł moje boskie statystyki nie przyjmując prezentu od firmy, a co za tym idzie, kurier, który przekazał mu świstki od nas, tym razem wracał z pustą sakiewką, hehe. Potem dziadziuś palił Janka, że niby nie wiedział, że miał zapłacić przy kurierze, a tak na serio to pewnie skonsultował się z synową, czy z kolegami z koła żywego różańca, hehe. Mógł też przeczytać któryś z tych pochlebniejszych komentarzy na temat firmy:

Witam własnie sie zfodziłem na te ich pomoc, jutro przyjedzie do mnie kurjer raczej mu podziekuje i nara. jeszcze na konien rozmowy dodają ze jest nagrywana i trzeba sie wywiązać z umowy pierwsze słysze by umówa słowna choc by nawet nagrywana była zobowiązująca, sciema

 Widzę że ktoś tu uciekał z polskiego w podstawówce,. Pan szybkie paluszki, hehe.

Była połowa września i komunikacja miejska przepchana była gimbusami. Niektórzy mieli plecaki jakby jechali na siedmiodniowy turnus do Czechosłowacji, hehe. Czasem zawieszałem oko, na jakiejś panience, że szło się zakochać, ale w porę przypominałem sobie, że przecież mam komputer, hehe. To był idealny czas na podziękowanie za współpracę firmie i rozpoczęcie cygańskich wakacji, czyli nicnierobienia. Ten dzień był dla mnie całkiem normalny. Wstałem, zjadłem chleb z cukrem, przepolowałem krowy i wybrałem się do pracy. Dzwoniłem do ludzi, ale moje rozmowy były już tak krótkie, że jeszcze chwila i rozłączałbym się po dzień dobry, hehe. Wstałem i zacząłem chodzić w te i we w te. Pech chciał, że akurat nowe mordy miały szkolenie i przełożone były zajęte. W końcu zagadałem do tej, co ma mordę jak pan ziemniak z toy story i powiedziałem że koniec, odchodzę – nie płacz kiedy odjadę, hehe. Obskoczyły mnie we dwie, przekonując, że dobrze mi szło. Ja jednak byłem nieugięty jak kanar w nocnym autobusie, powiedziałem, że muszę spadać, bo mi makaron z serem stygnie w domu i wyszedłem. Pierwszy i ostatni raz w życiu zwolniłem się na własne życzenie. Poczułem się taki niezależny, taki wolny, taki biedny, hehe.

Znacie ją? Pewnie, że znacie, hehe. Najlepszy samochód w Radomiu. Renię kochał każdy. Kiedy nią jeździliśmy, złomiarze machali do nas z uznaniem, a policja z politowaniem, hehe. Pasy rozpiente, na drzwiach trzymam renke, jedziem wolno na vipa jak el prezidente, hehe. Niestety, jej dni od zawsze były policzone. Za cztery tysiące polskich pesos wylądowała na alledrogo, jako igiełka, nic nie stuka, nic nie puka, lać gaz i jeździć, hehe.

Amatorów Renatki było wielu, jednak ona z byle kim się nie wiąże, hehe. Oglądał ją mechanik, oglądał ją student, oglądała ją rodzina rolników, jednak nikt Renaty nie chciał. Kiedy się ją odpalało, towarzyszący temu dźwięk przypominał świński kaszel. Samochód miał na tylnym błotniku wszystkie odcienie zielonego, a tam gdzie się pojawiał oznaczał teren wodą z chłodnicy, hehe. Mimo to, pewnej słonecznej niedzieli, znalazła się grupa kilku śmiałków, którzy chcieli poznać smak posiadania tego francuskiego bolidu. Wyjąłem swoją lornetkę, która ma dwudziestokrotny zum, a która zawsze służyła mi do zaglądania ludziom do chat w bloku naprzeciwko, hehe. Zauważyłem, że owszem, kupce są, ale macają Renatę, która stoi dwie przecznice dalej. Dotykali, zaglądali, szarpali, kopali po kołpakach. W końcu nakierowaliśmy ich na naszą. Amor chyba źle szczelił z tego swojego łuku, hehe. Kij mu w ucho, prawie zepsuł nam chandel. Głównym oglądającym był gruby, co miał łapę wielkości rury ściekowej. Razem z nim była jakaś marna kobita, widać, że nigdy nie zjadła porządnego klapsznita z serem, hehe. Uzupełnienem tego gangu z Wieniawy, było dwóch szczurów, jeden to widać że gimbus, a drugi taki świeżo po bierzmowaniu, hehe. Gruby pokusił się nawet o przejażdżkę.Wyznał, że lubi stare samochody bo można bezkarnie dać w piz*ę, hehe.

Renata się sprzedała. Dostałem bólu dupy i miałem przed oczami te wszystkie chwile przeżyte razem, kiedy ją pchałem, kiedy ona huczała jak harlej dawidson bez tłumika, kiedy szorowałem jej kołpaki szczoteczką do zębów. Co mi pozostało – mogłem już tylko pomachać jej chusteczką wypraną w vizirze na pożegnanie. Adijos renata, mam nadzieję, że nie klnie właśnie na ciebie kolejny mechanik, hehe.

Długo nie można prowadzić takiego cygańskiego życia, wie to nawet Marcin. Znudziło mi się wachlowanie dolarami i ciągłe masaże dupy. Miałem za piękny żywot, więc stwierdziłem, że pójdę na studia, hehe. Ci co lubią czas marnować i czytać te moje żale, wiedzą, że zostałem studentem radomskiej polibudy.

Czułem się trochę jak niechciane dziecko wojny i granata, kiedy w niedzielę trzydziestego nabiłem temu radomskiemu niby to uniwersytetowi więcej wejść na stronę niż miał w całym roku, hehe. Szukałem planu zajęć, ale nie znalazłem. Znalazłem za to wzory wniosku o zmniejszenie twarzowego, instrukcję demontażu pokrywy półosi w Ursusie C-330, przepis na makaron z tłuszczem czy zdjęcia z obozu zerowego, z których nawet przez monitor można było czuć alkohol, hehe. Tak czy inaczej, byłem zawiedziony i z tego żalu, stwierdziłem że może by sobie zrobić jutro dzień wolnego. Wiecie, taki odpoczynek po wakacjach, hehe. W końcu znalazłem jakieś tabelki. Myślałem że to mamie przyszło rozliczenie z mopsu, ale nie – to był nasz plan. Miałem wrażenie, jakby ktoś kto takie badziewie zrobił, był świeżo po kursie excela znalezionym w „Pani Domu”. Nie szło się tam połapać, ale prostą matematyką i przy wysiłku naszych tęgich niczym portfel menela głów, doszliśmy do wniosku, że jutro nie idziemy idziemy na ósmą.

Nad ranem staliśmy tak pod wydziałem na borkach jak rumuny pod kościołem i czekaliśmy na zajęcia. Nie mogliśmy znaleźć właściwej sali, ale na szczęście przystojny i napakowany jak pekaes do Lichenia ochroniarz w wieku Twojej babci, powiedział mi, że to nie tutaj i żebym dymał pół miasta, na Chrobrego. Zbuzowałem się jak woda w czajniku, ale co nam pozostało – pojechaliśmy. W sali wielkości dużego kurnika siedział cały nasz rok. Jakbyś się uparł drogi czytelniku, to byś zapakował ich w pietnastke i wysłał do Makowca, hehe. W dodatku każdy by miał miejsce siedzące. Pierwszy wykład mieliśmy z naszą opiekunką, mentorką, boginią. Zwróciłem uwagę na jej głos. Mogłaby dabingować połowę tych kretyńskich bajek z dżetixa ( nie mylić z Karoliną, hehe, pozdrawiam serdecznie ), użyczając głosu jakiejś księżniczce z kartoflanej chaty, czy może jakiemuś helikopterowi danielowi, roszpunce czy innemu trójwymiarowemu przychlastowi, któremu przyklaskują polskie dzieci, jednocześnie glucąc się do telewizora, hehe. Nasza wykładowczyni była tak miła, że gdybym poprosił ją o piątaka, dałaby mi siódemke, hehe. Na początku nawet trochę pisałem, ale jestem jurnym samcem i szukałem w tym pomieszczeniu fajnych dup. Niestety, nie znalazłem i żeby zaspokoić swoje pragnienie, musiałem przejrzeć się w lusterku. Grupa była wykręcona jak spirala w farelce, ale ogółem wyglądali na ludzi dobrego serca. Tylko mordy nie takie, hehe.

Tak pokochałem studiowanie, że aż poszedłem na nie swój angielski. Nauczyłem się odmiany to be i użycia czasu present simple. Powiedziałem kilka słów o sobie, z takim akcentem, że mógłbym nagrywać gimbusom kasety na magnetofon, do nauki. Resztę wykładu podziwiałem fakturę chodnika na krasickiego. Ale fajnie było, jak mawia Marcin, hehe.

Drugi dzień zaczęliśmy na pełnej… eeem, no… na pełnej auli, hehe. Wykład z matematyki to dolce vita dla mojej banii. Dwustu gamoni ze mną na czele próbowało zrozumieć panią wykładowczynię. Czułem się jakby mówiła różaniec po bengalsku. Dostałem zakwasów na mózgu od tego pierdzielenia. Standardowym komentarzem do wykładu było retorytczne pytanie „ku@#a co to jest?!”. Mój zeszyt wyglądał jakby zawierał malunki upośledzonego dziecka – tu kółeczko, tam krzyżyk, gdzie indziej linia; wszystko bez ładu i składu. Na przerwie każdy poszedł zajarać, a sztora która unosiła się pod mechanicznym wyglądała jak smoleńska mgła, hehe. Po skończonym wykładzie, kiedy wróciły już do nas wszelkie siły witalne poszliśmy w stronę słońca, hehe.

Tak sobie szliśmy w zwartej grupce i już nawet myślałem o laskach z mechaniki i budowy maszyn, a tu nagle jakiś ciul zajechał nam drogę kią siii’d. Chyba nie muszę wam mówić, jacy desperaci w tym kraju jeżdżą tym koreańskim szrotem, hehe. Wysiadł taki kafar i macha nam przed oczami gwiazdką strażnika teksasu. Spytał gdzie idziemy i co robimy. Już myślałem, ze następne pytanie będzie już propozycją pójścia na browarka, ale nic z tych rzeczy. Dostaliśmy zaproszenie do poloneza kijanki. Chcieli nas zgarnąć na pomorską komendę, żebyśmy zostali pachołkami do okazania. Wiecie, stoi dziadek za lustrem i pokazuje palcem, który mu ukradł chlapacze od wartburga. A nuż byłaby to jakaś dupeczka, to się zgodziłem. Razem ze mną pojechali Gołąb i Kamil. To była jazda, hehe. To już chyba kartofle mają w żuku wygodniej podczas jazdy. W końcu dojechaliśmy, ale byłem niemiło zaskoczony widokiem jaki zastałem. Na ścianach w policyjnym biurze nie było gołych bab, szybkich radiowozów czy schematu budowy kałasznikowa. W pomieszczeniu siedziało za to kilku gimbusów. Wyglądali na takich, co w życiu widzieli tylko rączkę od pługa i konia dupę, hehe. Pozory mylą. Musieli też widzieć jakiś film w kinie, bo jak się okazało, mieli kursa ulgową taryfą spod heliosa, hehe. Oskarżony musiał narobić niezłego burdelu, bo teraz za karę siedział skuty podwójnie, hehe. Raz, że miał minę jakby mu zhakowali konto w metinie, a dwa, że był połączony kajdanami ze stelażem krzesła. Miał taką zakazaną mordę, że aż w jego oczach było widać, że mieszka na rwańskiej, hehe. Policjanci nazywali go Owenem. Wiecie, był taki piłkarz kiedyś, ten co strzelił gola ręką a potem sie zaćpał na śmierć, a wy i tak znacie go z tego, że strzelił dla polaków gola na euro. Ale nieważne. Mistrzowie sarkazmu próbowali nawiązać dialog z tym łobuzem. „Co Owen, co taki smutny jesteś?” -„bo nie mam sie z czego cieszyć” „Hee, też bym sie nie cieszył, ale nie martw się, trzy miesiące szybko zleci, hehehe”. „Owen, co tak kolorów nabrałeś, hehehee”, „Owen, to co, gdzie teraz jedziemy? Do naczelnika? hehe”. Mieliśmy tam niezłą polewkę, ale nie wypadało się śmiać z nieszczęścia kolegi, hehe. Ale jeszcze większy polew mieliśmy stojąc przed lustrem. Każdy z nas miał minę jakby był na pogrzebie kota kolegi, a gołąb odkrył swoje zdolności do naciągania plastyki mordy. Ten chłopak ma sumienie bardziej nieczyste od spodu białych skarpet po wizycie w akademiku. Bał się, że mu przyklepią te gwałty na jeżach z dzieciństwa, więc robił co mógł, żeby go dziadek palcem nie pokazał. Udało nam się i w nagrodę za ten społeczny czyn, dostaliśmy podwózkę firmowym bravem pod wydział transportu, hehe. Policjant, jako dający przykład użytkownik drogi, skręcał z prawego pasa w lewo. Na rondzie. hehe. Porwała go rozmowa z nami na temat przestępczości i perspektyw pracy w policji. Niestety, nie podwiózł nas pod same drzwi, a już fantazjowałem jak zajeżdżamy z kogutem na dachu, wyskakuję i mówię „na glebe! nie ruszaj siępo czym połowa studenciaków, którzy mają nieważne OC w maluchu, czy dopuścili się innego poważnego czynu, ucieka w popłochu w stronę bazarku, hehe.

A żaczków było tam wielu. Można powiedzieć że to siedem ósmych młodzieży akademickiej z Radomia plus kilku z okolic, np. z osiedla nad Potokiem czy Przytyka. I oni wszyscy, chcieli się wbić na aulę, he-he, dobre. Polibuda (och, pardon, co za obelga, hehe ) Uniwersytet przyjął plan oszczędnościowy, w ramach którego czterdziestu cieci od wieszania kurtek na haku i siedmiu od patrzenia w kamery wyleciało na zbity pysk i teraz pewnie ciągną wózek ze złomem gdzieś pod Trablicami, hehe. W lokalnej prasie, już pojawiły się artykuły o tym, że rektor oszczędza na węglu, a na wykłady trzeba ubierać kalesony albo przychodzić z piecykiem, bo siedząc w sali można dostać odmrożenia ósmego stopnia.  I właśnie w ramach tej oszczędności zaplanowali nam wspólną edukację w jednym pomieszczeniu, co uwieczniłem na załączonym obrazku, używając mojego koreańskiego telefonu z aparatem robiącym zdjęcia o rozdzielczości znaczka pocztowego, hehe:

Aula.rar hehe.

Ćwiczenia z matematyki na samą myśl powodowały u mnie skręt jelit o 270 stopni. Po liceum umiałem tyle, że mogłem co najwyżej obliczyć pole kwadratu, albo ile wynosi 40% z liczby 100, hehe. Siedziałem w ławce i właśnie zastanawiałem się, ile taka nauczycielka może wziąć łapówki, kiedy dostałem zaproszenie do tablicy. Stałem tam jak prosiak przed świniobiciem, ale jednocześnie pisałem jakieś głupoty, że pitagoras w grobie zrobił poczwórne salto że śrubą. Jak już pani magister odkryła, że ma do czynienia z debilem, podyktowała co trzeba, a ja sponiewierany jak ściera do podłogi mogłem sobie wygodnie usiąść, hehe.

Piątek, sobota, imieniny kota, hehe. Wybraliśmy się w weekend, do naszej serdecznej przyjaciółki Kasi. Moje złote ferrari było w serwisie na wymianie wycieraczek, a rolls rojs jest już w tym sezonie niemodny, więc stwierdziliśmy, że pojedziemy polskim busem. Masz w kieszeni piątaka, a możesz zjeździć pół Europy objazdem przez Kazachstan, hehe. Nie powiem, że mnie to nie skusiło. Nigdy nie widziałem Kazachstanu, hehe. Towarzyszką mojej podróży była Milena. Ja skromny chłopak z peryferii, to się ubrałem w byle szmaty, tylko żeby w dupę nie wiało, a ona wyglądała jak milion złotych. Przed denominacją, hehe. W autobusie zajęliśmy jakieś przypadkowe miejsca z tyłu, mimo że Milena jara się miejscami nad głową kierowcy. Zaprotestowałem. A co jakby kierowca zapomniał, że jedzie gimbusem i wjechałby pod niski most? Nasze szczęki zbieraliby z filarów, a na mordzie do końca życia miałbym odciśniętą listę podwykonawców konstrukcji, hehe. Podróż przebiegała w miarę spokojnie, tylko miejsce z przodu zajął jakiś rozwydrzony bachor, że nic tylko takiego w kołysce udusić. Rozłożył sobie fotel i przygniótł mi klejnoty rodzinne. Jego matka całą drogę gadała przez telefon o jakimś zasranym stole, co to jej mieli przywieźć, ale mieszka na takim zadupiu, że kurier zakopał się dżipem. No nieważne, moi mili czytelnicy. Po przyjeździe, zniszczony psychicznie razem z moją lejdi, czekałem na przyjście Katarzyny. W końcu przyszła. Widać, że pobyt w stolicy odchamił ją na dobre. My takie pejoratywne wieśniaki, ona pani z wielkiej aglomeracji- tym razem prowadziła nas po stołecznym mieście.

A prowadziła nas, jak kulawy pies przewodnik, hehe. Czekaliśmy na przystanku, trochę waliło żabami, ale jaki to był problem, skoro za chwilę miał być autobus. I staliśmy tam dobre pół godziny, aż w końcu Milena, zaczęła prowadzić śledztwo, bo autobusu nikt nie widział. Nie kursuje w soboty”. Czekaliśmy na coś, czego w ogóle nie było – zupełnie jak studenci z wnioskami o stypendium socjalne, hehe.

Wsiedliśmy w pierwsze lepsze i ruszyliśmy w wielkiego tripa po Warszawie. Tam dwa przystanki jedzie się pół godziny. W Radomiu w pół godziny objeżdżasz całe miasto. I to cztery razy, hehe. To tylko świadczy o tym, że Radom to miasto lepsze i bardziej rozwinięte komunikacyjnie, a czterdziestoletnie Jelcze jeżdżące na gazie z zapalniczki tylko to potwierdzają, hehe. Kiedyś był taki bilbord, nie pamiętacie, bo sraliście w nocnik jeszcze wtedy, hehe – „Radom miasto twojej szansy”. To ja dziękuję, swoją szansę wolę zmarnować, hehe. Ale znowu się zapędziłem z myślami, jak Marcin na sedesie. W końcu wysiedliśmy z autobusu i mieliśmy zrobić przesiadkę. Szukaliśmy przystanku. Już miałem wyjąć swój kompas, co dostałem na osiemnastkę, bo chodziliśmy jak rumuńska rodzina po molo. W końcu znaleźliśmy, bo Milena ma gps w dupie i mogliśmy dumnie ruszyć na wyprzedaż szmat w faktory ałtlet na ursusie ( dla mniej kumatych – tam skąd pochodzi wasz ciągnik, hehe )

W tej galerii było ludzi jak lemingów. Kolorowe wystawy przyciągały moje spojrzenie. Stoję, patrzę, a tam buty kowboja. Pomyślałem, że dobre do obory, co by się w gnojówce nie zapadać, hehe. Co?! Pięć stów za kawał baraniego flaka naciągniętego na kopyto. Zrobiło mi się słabo i spojrzałem na inną wystawę gdzie manekin murzyn dumnie rozciągał na swoim plastikowym dupsku szare majtki. Kalwin Klajn, para męskich slipów jedyne sto dwajścia złotych. I to ma być przecena, z czego one są ja się pytam? Za takie pieniądze to musiała być bawełna pierwszego sortu z funkcją masażu pośladów, hehe. Ale co ja mogę się na ten temat wypowiadać, jak na dupie mam granatowe slipy z napisem world cup i wizerunkiem tej kury z mistrzostw świata z Francji z 98′. Piątaka dałem za nie, no co – podarowałem sobie trochę luksusu, hehe.

Moją misją był zakup jakiegoś łacha na dupę, ale za każdym razem kiedy szperałem między wieszakami i znajdowałem ceny, wierzyłem że są one wyrażone w chińskich juanach. Kawał szmaty w kratkę, ni to do kościoła, ni to do remizy, do tego wyglądało toto jak zasłonka i oni za to chcą stówę. To ja dziękuje, już wolę podjechać tyłem wektrą pod szwajcara koło dworca i zapakować 25 kilo odzieży, hehe. Właściwie to poszedłem tam tylko pooglądać rzeczy, na które nie mam pieniędzy, hehe. Za to Milena za stówkę kupiła tyle ciuchów, że nawet kontener caritasu tyle nie pomieści, heheDwie kiecki, trzy bluzeczki, jakieś fatałaszki, torebeczki. Od tego wszystkiego pękał mi już łeb. Miałem różne przemyślenia na temat tej sytuacji. To ja, młody, piękny, bogaty i nawet gumofilcy w dobrej cenie nie mogłem znaleźć, a ta wchodzi do byle sklepu jak do siebiena chatę i od razu zabiera pół kolekcji. Już wtedy dokonałem ważnej życiowej decyzji. Moja córka będzie dziewczynką, hehe.

Kasia mieszka na warszawskich plantach, hehe. Chłopaki piwko pijo, baby na sznurze pranie ciongnowitamy w Polsce. Blok, w którym znajduje się jej mieszkanie nosi imię Bieruta, hehe. Mówi się, że pierwszą cegłę wmurował tam sam wujek Stalin. To osiedle jest bardziej szare niż nieprana w Perwollu sukienka, ale i tak dojeżdża tam więcej autobusów niż do centrum Radomia, hehe. Po wejściu byłem zaskoczony, jak babka z reklamy Calgonu, co jej Stachu pralkę do naprawy zabrał. Myślałem, że zobaczę jak się jajko smaży na spodzie od żelazka, albo krajalnicę do kaszanki zrobioną ze starego napędu CD. Nic z tych rzeczy. Na stole stało więcej słodyczy niż w cygańskiej rodzinie jak ksiądz chodzi po kolędzie. Jestem świnią, więc zapchałem całą mordę wszelakimi paluszkami, krakersami, precelkami. Koło dolnej ósemki zorganizowałem sobie magazyn spożywyczy. Prawie jak wonsz, co jak zje owcę to potem ją miesiąc żuje a następne dwa tygodnie sra, hehe.

Kiedy Kaśka walczyła z pralką, a Milena robiła w kuchni drugą Hiroszimę ja rozglądałem się po okolicy przez okno – wiecie, taki mocherowy monitoring, hehe. Myślałem, że piętro niżej przygłusi fani dubstepu mają właśnie imprezę, bo bass był tak donośny że ściany pękały, a w mojej jamie brzusznej wątroba i nerki zamieniły się miejscami, hehe. Był to jedynie okoliczny wiksiarz, ulubieniec laryngologów. W domu ma pewnie głośniki wielkości szafy pancernej gestapo, a zamiast konsolety magnetofon unitra znaleziony na śmietniku, hehe. Ciekawe czy ten typ miał dziewczynę. „Kochanie, pomasuj mi plecy” -„to kładź się na głośniku, hehe”.

Jak tak wyglądałem przez to okno, doznałem gwałtu na oczach, kiedy zauważyłem pewien budynek:

Ja nie wiem, co oni ćpali w administracji, hehe. W Castoramie była promocja paneli, czy jak? Wyobraź sobie, że mieszkasz w bloku, a korniki opierdzielają Ci chatę, hehe. Pewnie co roku cyklinują ścianya raz na pięć lat wyszkolona grupa sprzątająca jedzie go od góry do dołu sidoluxem, hehe. Jak idzie burza to wszystko tam skrzypi jak cholera a jak się kiedyś zawali, to z gruzu zrobią jeszcze dwa stoły i cztery kible, hehe.

Zgłodnieliśmy i zamówiliśmy pizzę. Zjadłem, ale było mi mało, a że gość w dom, Bóg w dom – dziewczyny zrobiły mi kanapki. Rewolucja w kuchniklapsznit z parówką. Widać było, że przepis na tę wykwintną potrawę pochodził ze złotej księgi kucharskiej biednych studentów. Ale zjadłem, bo jak jestem głodny, to nawet nie patrzę co jem. W dzieciństwie zdarzało mi się jeść kiwi, ale mama w ramach oszczędności podkładała mi zamiast nich surowe kartofle, hehe. Niemniej ( i nie więcej, hehe ) od zeżarcia takiej ilości wszelkiego rodzaju jedzenia mój żołądek powiększył się do rozmiarów piłki lekarskiej, hehe.

Wieczorem zapuściliśmy się w rundkę po mieście. Miasto stołeczne to kraina pajaców. Myślałem, że przyjechał cyrk, kiedy kilku ludzi łykało ogień niczym młody bocian żabę, hehe. Gość robił z płonącą pochodnią co chciał. Brakowało tylko, żeby wykonał potrójne salto ze śrubąhehe. Wokół nich zebrała się grupa ludzi, którzy widocznie byli nierobami i mieli czas oglądać takie głupoty. A ile to macierzy można by rozwiązać w tym czasie. Jak tak patrzyłem na tych młodych ludzi, którzy zbierali siano do beretu, doszedłem do wniosku, że muszą to być studenci europeistyki, których nawet w makdonaldzie nie chcieli, hehe. Ale jeszcze lepszego pajaca widziałem przed zamkiem, tam gdzie Zygmunt juz 360 lat obserwuje z góry krawiaciarzy, którym się wiecznie hajs nie zgadza, hehe. Ziomek stał na głowie, a obok niego markerem na kartonie było napisane: rzuciłem alkohol, odnalazłem sens życia. No gratulacje, jeśli twoim sensem życia jest stanie w centrum stolicy na głowie z gołą klatą. Miałem już do niego podejść i powiedzieć, stachu, nie rżnij głupa, zapraszam na browarka!

swoją drogą, ciekawe czy miał potem odciski na czole, hehe

Nasze wspólne chwile w mieście z gołą babą w herbie dobiegały już końca, ale znaleźliśmy jeszcze czas na włoskiego, kręconego loda, który najlepiej smakuje kiedy się go je w październiku, hehe. Miałem już głos, jak nastolatki po koncercie Mroza, ale dawałem radę. Poszliśmy jeszcze pod Uniwersytet Warszawski, bo Natalia zamiast pić w łikendy, jak cywilizowani ludzie, woli studiować. Podszedł do nas jakiś łysy i już nastawiałem się do walki jak kogucik w obronie swoich kur. Wtedy powiedział: przepraszam, nie macie może…

W mojej głowie już rodziło się tysiące pomysłów na przedmioty, których mógł właśnie potrzebować. Szluga, zapalniczki, lufki, lewarka do skody, wędki, kaloszy, młotka? Ale on chciał tylko kartkę, hehe. Ale na cholerę mu ta kartka była? Czy go cisnęły grube potrzeby, ale nie miał papieru? Może przeszedł na dietę celulozową, i żre papier jak zfrustrowane kozy? hehe.

Natalii długo nie było i nawet zaczęliśmy się zastanawiać, bo może na tych wieczorowych zginął im murzyn z roku i go szukają? hehe. Na szczęście pojawiła się niedługo. Blask jej przebojowości wypalił mi spojówki, hehe. Próbowałem z nią rozmawiać, ale jakoś nie wychodziło bo straciłem już głos i żeby coś powiedzieć, musiałem gestykulować, jak tłumacz migowego. Było już późno i musieliśmy wracać, więc udaliśmy się w kierunku dworca.

Musieliśmy wydać gruby hajs na powrót do domu. W dodatku zaczęło mnie suszyć jakbym spędził na pustyni tydzień, hehe. Szukaliśmy czegoś taniego do picia, ale w sklepach na dworcu były tylko luksusowe napoje dla bogaczy takie jak kawa, herbata czy pepsi, hehe. Eureka, w końcu znalazłem! Kupiłem jakiś sok typu grappa, fajny melon, halina czy inne kolorowe ścierwo, hehe. Ten wyglądał jak wyciąg z liści aloesu i kosztował jakieś 4,50. Smakował dokładnie jak kisiel z kota rozcieńczony deszczówką, ale tak mi zaschło w mordzie, że wlewałem go w siebie jak Marcin „Brewerki”, hehe. Milena uraczyła się kawą ze starbaksa. Kto bogatemu zabroni co nie, hehe.

Pojechaliśmy pociągiem bo mój szofer został napadnięty przez ruską mafię i ukradli mu koła w maybachu, hehe. Podziwialiśmy stare baby, śpiące w pozycji na popielniczkę. A potem taka jedna z drugą pokazuje mordę w teleexpressie i się żali, że jej ukradli piniondze, hehe. Otworzyłem okno i wystawiałem przez nie łeb mimo zakazu. Chciałem poczuć jak wiatr hula mi po dziąsłach, hehe. Z Mileną rozmawialiśmy o sensie istnienia i polityce budżetowej państwa, od czasu do czasu obrabiając wam dupy, hehe.

Niebawem byliśmy już w domach i tutaj wielkie podziękowania dla Łukasza, chłopaka Mileny, który osiąga cel szybciej niż radzieckie rakiety typu ziemia powietrze, hehe. Jego Chrysler Neon to prawdziwy zawodowiec, hehehe.

Po roku od zdania prawka w końcu ubłagałem tatusia na kolanach, żeby dał mi się przejechać wektrą. Kupiłem mu paczkę kubańskich cygar robionych w Szczawnicy i w końcu dał się przekonać. Mogłem z dumą wjechać do garażu, hehe. Pewnego dnia, jadąc na wydział zauważyłem, że cała przednia szyba jest pokryta szronem. Nie wiedziałem co zrobić, więc już wyjmowałem jaszczura, bo Bear Grylls mówił, że na zamarznięte dobrze jest najszczeć, hehe. Szybko jednak przypomniałem sobie, że szybę można wyskrobać, ale nie miałem odpowiedniego sprzętu, a gdybym to robił gołymi łapami, zrzuciłbym na siebie gniew mojej prywatnej manikiurzystki, hehe. Poszedłem do piwnicy, w nadziei, że znajdę coś do skrobania. I znalazłem, hehe.

Musicie przyznać, że kątownik stolarski to idealne narzędzie do kontaktu z szybami, hehe. Pewnie ją porysowałem jak berety czytelników, ale musiałbym ją wybić, albo wymontować, żeby tatuś zauważył jakąkolwiek różnicę wsiadając do swojej limuzynki, która gnije szybciej niż stare kartofle w zalanej piwnicy. Dobrze, że sąsiadka, widząc jakich ma głupich lokatorów w klatce, rzuciła mi kawał plastiku z lidla, którym już mogłem fachowo i bez przypału rysować szyby w Hansie, hehe.

Czym byłoby studenckie życie, gdyby nie było imprez i lanego piwa, hehe. Dlatego, tuż po świętach dostałem zaproszenie do domu Michała. Plan był prosty. Miałem jechać oplem i wrócić odwożąc połowę imprezowiczów, ale nie miałem dowodu a na ulicach było więcej policji niż na święcie niepodległości na Białorusi, hehe. Kto mnie zna, ten wie, że jestem jotpe ( na 50% bo mam wujka w policji, hehe ) i chciałem jechać bez, ale mama, kiedy zauważyła, że zamierzam dopuścić się takiego paskudnego czynu, zabrała mi kluczyki. Miałem niebawem autobus, więc pobiegłem na trzmiela na pobliską stację, gdzie kupiłem dwa leszki. Sprzedawca był takim trolem, że jeszcze mnie legitymował, czy na pewno nie jestem gimbusem a ja już czułem w stopach wibracje silnika Solarisa linii stojącego dwie przecznice dalej, hehe.

Skoki przez barierki spodowowały że prawie potłukłem browary. Na szczęście autobus dowiózł mnie na Marglową. Razem ze mną wysiadła jakaś dziewczyna i wydawało mi się, że gdzieś już ją kiedyś widziałem. Młoda sarenka bała się takiego wilka, jak ja, hehe. Co chwila spoglądała do tyłu, bo myślała, że ją śledzę. Bać się mnie to szczyt tchórzostwa, hehe. Gdybym napadł na bank i krzyknął rence do góry! – pewnie kasjerki zabiłby mnie śmiechem, hehe. Z naprzeciwka jechał samochód. Wypaliło mi gały po tym jak chciałem spojrzeć na znaczek ale przez to że mam zeza rozbieżnika spojrzałem w reflektory, hehe. To była honda. Musiałem szybko ustalić, kto wśród gości Michała jeździ Hondą. Nie był to na pewno Marcin, bo jemu rodzice kupili pralkę zamiast samochodu, hehe. Metodą prób i błędów, doszedłem do wniosku, że musiała to być Karolina, więc uznałem, że zrobię jej żarcik kosmonaucik, hehe.

Rozmawiałem z mamą przez telefon, kiedy na drogę wyszedł Marcin i zasadził mi taką szuflę, że browary obiły się o siebie i brzdękły do słuchawki, hehe. U Michała to co zwykle, czyli fajne laski, brzydkie chłopaki i ja, hehe. Michał jak zwykle mnie nie zawiódł i naznosił czterdzieści rodzajów piwa w tym piwo miodowe, piwo jabłkowe, piwo o smaku wina, piwo niegazowane czy najbardziej hipsterskie piwo chmielowe, hehe. Tylko wpuścić blondyny z warkoczami w bawarskich kieckach, tak spiętych, że krew do cycków nie dochodzi i czułbym się jak na oktoberfeście, hehe. Marcin jak zwykle nie żarł w domu i liczył na poczęstunek na krzywy ryj, więc korzystając z faktu, że Ola ma kontakty w biesiadowie zamówiliśmy dwie pizze o średnicy włazu studzienki kanalizacyjnej, hehe.

Musieliśmy czekać, więc opowiedziałem wszystkim historię jak jakiś debil z hondy mnie oślepił. Mina Karoliny była bezcenna. Na twarzy miała wypisaną znaną sentecję naszego Zdralaka – „Boże, całe życie z debilami”, hehe. Jak zwykle gadaliśmy o sprawach mało ważnych, bez podejmowania tematów politycznych, tak żeby nie doszło do mordobicia z gospodarzem, hehe.

Pizza dojechała i każdy się nią zajadał, więc opowiedziałem dowcip o świnkach przy korycie, hehe. Dziwne, nagle popsułem gościom apetyt. No ale co złego jest w opowiadaniu o rzygach przy jedzeniu. Normalna sprawa, hehe. Potem, kiedy już każdy napełnił bębenciastoliną, siedzieliśmy jak na stypie, z tą różnicą, że na stole nie było wódki, hehe. Chciałem sobie obejrzeć jakieś porno ale Marcin nie wiedział, gdzie takie emitują, więc poleciłem mu polonię 1. I faktycznie, była tam jakaś panienka, jęczała jakby ciągnęła pług po polu. Wyłączyłem dekoder, a ten kretyn uruchomił jego aktualizację, która trwała pół godziny. Pewnie dało to tyle, że dodali kanał po arabsku, na którym pokazują ciągle dwie cioty w turbanie z kałachem w ręce a na pasku lecą szlaczki od prawej do lewej, hehe.

Musieliśmy się zwijać, więc zadzwoniłem po tatusia, jednocześnie go budząc. Oprócz Karoliny, której obiecałem kurs na chatę, zabrałem też Marcina, który spał tak smacznie, że aż miałem ochotę włożyć mu rękę do ciepłej wody, hehe. Byłem już z niego dumny, że nie odstawił żadnej maniany, ale w porę udowodnił, że jest prawdziwym Zdralem. Ręką zawadził o browar i wylał go na podłogę. Na tą plamę to nawet ręczniki papierowe reginy by nie pomogły, ale Michał naoglądał się perfekcyjnej pani domu i jakoś to zmył, w obawie przed wpierdelkiem od mamy, hehe. My ruszyliśmy w podróż na postój srebrnej taksówki, hehe.

Mój ojciec to jednak jest mózgiem. Jak można nie wyrobić się na raz przy zawracaniu na kieleckiej. Przytulił krawężnik, a potem płacze, że zawieszenie siada. Chętnie bym się przesiadł na lewy fotel, ale bylem nafukany dwoma browarami, co dla mnie jest już prawie dawką śmiertelną, hehe. Wiedziałem, że jak zwykle narobi sauny we wnętrzu, że pot po rowie cieknie, ale zaskoczył mnie słuchając eski, a nie koncertu życzeń w radiu kielce, hehe. Odwieźliśmy Marcina, który nie bardzo wiedział co się dzieje, a potem Karolinę. W radiu Mezo śpiewał swój kolejny kawałek z przesłaniem w stylu po robocie nie gadamy o robocie, hehe. Nie wiedziałem co było lepsze, czy ten nieszczęsny grajek odpustowy czy różaniec w radiu Maryja, więc zostawiłem jak było, hehe.

Wkrótce w najlepszym klubie w Radomiu zorganizowali Bitwę Wydziałów. Myślałem, że będzie jakaś nawalanka i już ostrzyłem maczety i strugałem sztachety, ale okazało się, że to tylko chwyt marketingowy. Miałem iść i dopingować mechaniczny, żeby wygrali z lamusami z wydziału informatyki. Ci to mogliby wygrać bitwę, ale co najwyżej w programowaniu, hehe. Nie poszedłem, bo bałem się, że kibole Linuksa spuszczą mi sowity wpierdel, za to że mam zainstalowaną siódemkę i wybrałem bezpieczniejszą opcję z baletem z ludźmi z ekonomicznego.

Na hasło „pijemy” Milena już była zwarta i gotowa, dlatego postanowiliśmy, że pójdziemy razem w balety, hehe. Przyjechała do mnie krajzlerem, bo ostatnio kupiła okazyjnie prawo jazdy na czarnym rynku, hehe. Piliśmy u niej w domu jakieś wynalazki, które wyglądały jak cytrynówka z polmosu i fakt, nawet trochę zajeżdżało to cytryną. Betty, czyli jej mama wychyliła z nami kielona, tłumacząc, że to na rozgrzewkę, hehe. Tymczasem my byliśmy bardzo zmarznięci i musieliśmy wypić takich osiem.

Prawie w stylu węża zatoczyłem się do autobusu. W klubie, najpierw ochroniarz zgarnął od nas po piątaku za szatnię, a potem szatniarka dwa zeta. Motyla noga. Już by było kilka browarów, hehe. Okazało się, że była to stara znajoma Mileny, więc sobie pogadały, a ja bawiłem się w bramkarza. Obczajałem każdą wchodzącą kobietę, ale wszystkie wyglądały, jakby przyszły na noc muzeów, a nie do ekskluzywnego klubu, hehe. Siedzieliśmy i popijaliśmy piwo, chociaż widząc stojące na barze monitory, miałem ochotę zagrać z kolegami w metina, hehe. Poszliśmy potańczyć, bo niebawem miały być zawody w robieniu z siebie debila po pijaku.

W tańcu wyglądałem jakbym skakał po rozżarzonych węglach a za koszulkę wpadła mi tarantula, hehe. U innych było tylko gorzej. Alkohol wykształcił tylu dobrych tancerzy, że gdyby to widział Augustin Egurola, każdy dostałby bilet na festiwal kartofla. Zaczęły się zmagania. Na piciu browara ze dzbana nic nie widzieliśmy, bo charty obskoczyły zupę chmielową, jakby miał ją zgarnąć ten, kto stoi najbliżej. Bieg z jajkiem był śmieszny, bo uczestniczki były trzeźwe i żadna nie przeorała zębami parkietu, hehe. Do siłowania na rękę wyskoczył taki leszczyk, że na zawodach ze mną musiałby się siłować dwoma rękoma i to z pomocą kolegi, hehe. Mimo to, jego fachowe robienie łychy pomogło, i ekonomiczny wygrał bitwę. W nagrodę będą mogli się zbłaźnić w konfrontacji z mechanicznym, hehe.

Nas melanż już zaczął ponosić, więc piliśmy jeszcze więcej, co oznajmiłem połowie znajomych na pejsbuku, hehe. Tańczyliśmy, ale coraz gorzej to wychodziło. Browar, densy, browar – tak możnaby streścić dalszy plan imprezy, więc stwierdziliśmy, że pora spadać.

W samochodzie opowiadałem Łukaszowi bajki o swoich wrogach i ilości wypitego alkoholu. Milena wierciła się jakby miała w dupsku czopa, aż w końcu zdecydowała, że wychodzi. Zmarnowała się dziewczyna, mogła zostać kaskaderem. Potem w filmie o Hansie Klopsie, grałaby scenę wysiadki z pędzącego auta, hehe. W domu szukałem swojej piżamki z dżipem i nawet ją znalazłem, po czym położyłem na podłodze, ubrałem się w inną koszulkę i poszedłem spać, hehe.

W ten sposób zbliżyliśmy się do końca wpisu. Przez ostatnie miesiące wydałem tyle forsy, że mógłbym się w niej wytarzać, hehe. Moim mottem był tytuł wpisu. Jadałem w makdonaldzie, myłem się mydłem o kolorze innym niż szary, smarowałem kanapki masłem, balowałem w ekskluzywnych klubach. No ale kto bogatemu zabroni? hehe.

Na koniec zawsze były jakieś pozdrowionka, ale niestety straciłem kolegów i prawie każdy okazał się lamusem gorszym niż Fokus co z Dodą biesiady nagrywa, hehe

Mimo to, pozdrawiam Milenę, bo jest dobrą siostrą, mimo, że mamy trzy różne matki, hehe. Nigdy się nie obraża, nawet kiedy mówię, że jest wieprzem, gwałcę jej psa, a potem wyżeram jej pasztet z lodówki, hehe. Pozdrawiam Kasię Kopeć, bo bez niej nie byłoby tego wpisu. To ona dawała mi inspirację i sprawiała, że myślałem o blogu nawet podczas zatwardzenia na porcelanowym tronie, hehe. Dzięki dziewczyny, dożywotni szacun dla Was. Jesteście genialne niczym pomysł na wybudowanie biedronki na zamłyniu, hehe. Wielki buziaczek dla was, nioch nioch, hehe :* Pozdrawiam też wszystkich przyjaciół, co się okazali prawdziwi. Wam będzie kiedyś dane – na łożu śmierci powiem wam gdzie ojciec zakopał za komuny słoik z dolarami, hehe.

Buonanotte ludzie, w dupę węża! hehe

Wczasy pod czerstwą gruszą

Witam ponownie, hehe, jak sadzę spodziewaliście się tego wpisu, jak czystości w pociągowym kiblu hehe. To taki suprajs ode mnie, bo wiecie, że mam dobre serce a sami lubicie mieć zawsze potwierdzone i sprawdzone info z pierwszej renki, hehe.

Na wstempie tego wpisu chciałbym podzienkować wszystkim, którym podoba się w jaki sposób opisuję ten pienkny świat w którym jedynie ludzie są do dupy, hehe. Wy nie jesteście. Wy, jesteście wyjontkowi. Cieszę się, że mam wielu fanuw,prawie jak ten papiesz, Juzef Ratzinger, z tą rużnicą, że on nic nie robi tylko wywija laskom wte i wewte, nosi grube sygnety i macha łapami z okna. Duma rozsadziła mi klatę jakbym połknoł mine przeciwpancerną, kiedy dowiedziałem się, że tego bloga czytają ruwnież wasi koledzy ( pewnie zmyśleni, bo przecież wy nie macie koleguw, hehe ), ich koledzy, koledzy kolegów tych kolegów, Wasze mamy, tatusiowie, babcie, stryjkowie, pasierbice, macochy, psy, koty, wenże oraz wszystko co umie czytać a czego nie wymieniłem, hehe. Kasiu Katarzyno F., jeśli wienc czytasz ten wpis, to wiedz, że serdecznie Cię pozdrawiam, hehe. Jestem taki dumny. Niczym pan Edek ktury zawinoł na złom pienćdziesiot metruw kolejowej trakcji, hehe. Wszystko dlatego, że mimo że mnie nie znasz, mam u Ciebie szacun. To się liczy - jak już umre i zakopiom mnie pod brzuzką, przepiszę Ci w spadku moje fantazyjne gacie w krokodyle i szajsunga, jeśli nudzi Cię spokojne rzycie bez zmartwień, hehe.

Początki i końce bywają trudne, jak mawia rycerz Nikolas, który niestety jest wiecznym maturzystom, hehe. Nawet nie zdajecie sobie sprawy ile muszę wylać krwi, potu, łez i piwa żeby sklecić parę zdań głupszych niż Jola Rutowicz, po to by podarować wam uśmiech na twarzy. Wielu z was mówi, że jestem w tym miszczem.  Kiedyś chodziłem do kościoła, ( tym z Jezusem, nie z kotami, hehe ) i ksiąc powiadał: „dzieci, zawsze w życiu wykorzystujcie dar, ktury Wam dał Bóg. Bo on wam go dał, po to, żeby go rozwijać. Kto go nie rozwija, ma grzech cienszki jak dupa Żanety!”. „Spooko wodza hehe” – pomyślałem ściskajonc czapke z pomponem. Nie wiem, czy tam na górze są do końca zadowoleni, z tego co teraz robie, hehe. W każdym razie, miszyn komplit, hehe

Tradycjom stało się zaiste, że opisywałem wam, co robiłem przez ten czas jak mnie nie było na blogu. Mam zaległości większe niż Kamil co bawił się w przemysł tytoniowy w drugiej klasie na lekcjach przedsiembiorczości, które prowadziła osoba zarabiajonca tysionc piencet na renke i czysta złoty łapuwek, hehe. Specjalnie dla was, wygrzebałem czternaście tysiency wiadomości z archiwum fejsikowego czatu bowiem som osoby, którym codzień żaliłem się jak to mnie dupa swędzi i boli bajceps po cienszkiej robocie, jaką jest opierniczanie się, hehe. Postaram się, żebyście poczuli, co ja czułem, kiedy miałem odczucie że coś czuję, ale to było tylko przeczucie czucia odczuć przeczuwania hehe. Właśnie połamałem wam muzgowe zwoje, więc tylko powiem, że ten żenujoncy pamiętnik będzie się zawierał od dnia czerwca czwartego do dnia bieżoncego. Dzienkuję, za te nieme owacje. Przejdźmy teraz do wpisu właściwego, przygotujcie nocnik, a ja zarzucam dabstep ślepego, czyli szi bęks rikiego martina i kręcimy tego pornola jadziem z tym koksem, hehe. Trzymajta sie ramy, to sie nie posramy, hehe.

Żartowałem, hehe. Zaczniemy od piontego, bo czwarty był takim zamulonym dniem, że ludzie z depresją czytając opis czwartego, własnoręcznie starli by swojom skórę tarką do warzyw z rozpaczy, hehe. Tak wienc.. piątego…

…dostałem zaproszenie, do chaty Końdzika. Zdawało mi się, że taki nygus mieszka w poprawczaku, hehe. Nic z tych rzeczy. Mieszka w przychodni, hehe. Tak czy srak czy owak, oprócz takiego ciasteczka jak ja zaprosił jeszcze jedną ostrą dupencję Kingę i jej ostrą niczym keczap Tomatini koleżankę Żanette. Na spotkaniu miał się jeszcze zjawić Marcin, ale drążył duł hehe. Powiedziałem Konradowi, że spóźnię się 15 minut, pozwolił mi, wienc spuźniłem się 25 minut hehe. On sam spóźnił się na oko dwa zdrale, czyli pół godziny, bo jak się okazało drylował czuprynę palcami, jak Krzysiu Ibisz w reklamie szamponuw. Ja to rozumiem, przyszła dupeczka z koleżankom to chłopak nie chciał wyjść na śmierdzoncego pawiana, umył dupe i wytarł w rencznik a potem przypomniał sobie, że ma brudnom twarz wienc ją namydlił i tym samym rencznikiem wytarł, hehe. Jak już przyszed, naszła nas ochota na wyrub piccopodobny, więc poszliśmy do picceri Soprano, która z mafiom ma tyle wspulnego, że biorom haracz złodzieje jedne. Tyle pieniendzy za ciasto z pomidorami i serem, kto to widział!!! No nieważne, bo miałem pieniondze, bo mama dała mi 5 złotych na tace, ale jak ksionc chodził to schowałem je w renkaw, żeby nie widział, hehe. Tyle wystarczyło żeby zrobić zrzutke. Wzieliśmy tom goroncom ciastoline i poszliśmy do jego chawiry. A tam burżuazja i przepych, klatka schodowa taka wielka, że możnaby tam zrobić pole namiotowe i biwak z kiełbasom, hehe. Ale najlepsze było, jak już weszliśmy do domu, hehe. Od razu przywitała nas Lena, najmłodsza z rodu tych blądynów. Wyskoczyła jak Marusia na powitanie pancernego Janka i jego psa szalika, hehe. Rośnie blond dupencja i widze że zna się na ludziah bo polubiła mnie i Kinię, a na Żanetę kichała jak szynszyla, co się nawciongała tabaki, hehe. Wciągaliśmy tą picce aż sie składniki odklejały od ciasta a Konrad zamulał jak zwykle, hehe. Rozmawialiśmy o dawnych czasach i o tym, jak graliśmy w pokemony i inne badziewie znalezione w chrupkach, hehe. W końcu, po takim pysznym posiłku, Konrad poszedł pogonić siostrę do garów a sam pewnie usiadł na kiblu, hehe. Głodny Marcin ugryzł jego kawałek piccy a potem świecił oczami, że nic nie zrobił, hehe. Mnie zainteresowało ciekawe rozwiązanie architekta tego budynku, którym podobno była jakaś maniura. Nie wiem, co trzeba palić, pić czy wciągać dupą, żeby obmyślić okno na klatkę, hehe. Byłem już kiedyś u Maliny, która ma okno w kiblu na kuchnię, ale to jest dobre rozwiązanie. Siedzisz sobie na tronie, czytasz, że domestos nie nadaje się do picia, rozczepiasz wagony, a tu jan sebastian BACH i zabrakło srajtaśmy. Co robić? myślisz intensywnie ale czacha dymi bez skutku. Wtedy ratuje cię mama, który rzuca papier przez ten wymyślny lufcik, i dupie lżej, hehe. Nie musisz paradować z gołym flakiem po całym domu albo co gorsza kicać jak krulik djurasel z gaciami opuszczonymi do kostek, tylko kurturalnie odklejasz tego pedalskiego rurzowego krulika z etykiety, albo jak jesteś oszczędny, wycierasz nim poślady i czujesz się wspaniale, hehe. Ale nie o tym było gadane przeciesz. Nie wiem moi kohani po jakiego grzyba mu okno na klatkie. Chyba po to, żeby koledzy zaglądali, jak ogląda nowe filmy przyrodnicze na czerwonej tubie, albo żeby pilnował w nocy czy ktoś nie kradnie paprotki z parapetu albo żaruwki, hehe.Chłopak po prostu pomieszkuje w byłej kuchni. O dziwo nie śmierdzi tam mielonym albo innym stekiem, hehe. Na ścianie luksus, wyłożone płytkami na całej dłógości. Wstydziłem się spytać, dlaczego ich nie zerwie, ale wkrutce sam sobie odpowiedziałem na to pytanie. Pewnie nie myje nug na noc i jak mu się śni że biega to smaruje ścianę syrami i potem łatwiej myć, hehe. W szampańskich nastrojach powoli zaczęliśmy się zbierać. Trzeba było jedynieodkleić małą od cyca klatki piersiowej Kini, żeby się dziecku nie śniły koszmary po nocah, a nas od gry w „impkę” – planszową grę rodzinną, dla dzieci od lat trzech, hehe. Wróciliśmy do domów i tak ten dzień się skończył. Mieszkam na tym samym zadupiu, gdzie tefałpe śnieży, więc przeskoczyłem dwa pola z kapustom, dałem susa przez bagno i już byłem u siebie. W domu mama próbowała trafić mnie z procy, ale powiedziałem, że nie jestem głodny i niech mnie nie karmi już. Jak stałem tak przytuliłem się do podusi i po chwili drzymałem jak szewczyk dratewka na platancji koki, hehe.

Ledwo skończyliśmy jeść na jednym balecie, a już dostałem zaproszenie na jedzenie u Michała, hehe. Taka okazja zdarza się raz w tygodniu. Nie mogłem jej zapszepaścić, hehe. Poszedłem, a raczej podjechałem golfem jak lord.  Jako jeden z nielicznych nie miałem ani kropelki alkoholu, nawet cukierka z rumem w kieszeni, hehe. Nie to co Ślepy Kamil, co odwalił się w guralski kubraczek i razem z Michałem nakupowali tych rużnych, „ciehanów”, „mocarnych byków”, „szczochuw szatana” i tym podobnych. Nie wiedzieliśmy co oglądać, a moja propozycja „a może pornusa hehe” została odrzucona. Oglądaliśmy słynną mongolsko – bośniacką produkcję opartą na faktach nieałtentycnych pot tytułem. „Eurotrip”. Film bardzo mi się podobał, bo było dużo gołych cyckuw, takich jakie można zobaczyć w „Fakcie” na ostatniej stronie, hehe. Ostatnio takie na rzywo widziałem w dziewiendziesiontym trzecim, hehe. Głęboką ciszę i skupienie przerwał Marcin, który już nawalił się jak działo, hehe. „Sfendzom mnie oczy” – powiedział z przejęciem. Podsumowaliśmy kolegę śmiechem, no bo jak mogą kogoś oczy swendzieć. Przyznam, czasem mnie sfendzom zemby ale bez przesady – oko mi skoko, hehe. Później w filmie zawarta była scena, w której brat i siostra świdrują sobie jęzorami po dzionsłach, hehe, a dodatkowo on wyraźnie badał dłońmi szorstkość jej dupy ( pewnie robił badania, jakiego papieru urzywa, hehe ). Jako czołowy ankieter zadałem Marcinowi pytanie, czy zrobił tak kiedyś ze swoją siostrom. – „hehe nie!… a nie… czekaj…„.

Nie wiem co tam sie dzieje, u rodziny ZDRaluw, ale podejrzewam, że jest wesoło, hehe.

Michał tłumaczył Kindze, że telewizja kłamie i okradają ją na odległoźć. Nawet jak ogląda boba budowniczego jest narażona na manipulacje. Tam też obecne jest zjawisko wyścigu szczuruw, bo Bob wszystko zrobi dla pieniędzy, hehe. Około drugiej w nocy, Kamilowi przypomniało się, że właśnie mu wyschły skarpety, które włożył do mikrofaluwki, więc musiał szybko jechać do domu. Pojechałem razem z Żanette, kopnoł mnie ten zaszczyt po raz drugi i usiadłem na prawym fotelu. Musiałem pilnować, żeby Ślepy jej nie zagryzł, bo był zły jak pies ogrodnika co sam nie zechla i drugiemu nie da, hehe. Jechaliśmy w strugach deszczu, że nic tylko obracać panienki w samohodzie, no ale nie wypadało, kiedy ten szfagier jechał z nami. Żaneta jechała tak szybko, że wypszedzałem swoje myśli i po chwili byliśmy pod rezydęcją Kowalczykuw. Niezadowolony Kamil, powiedział nam „adijos, dobranoc” i tszepnoł drzwiami od bawarskiej wolcmaszynki jak furtkom do stodoły. Wracaliśmy w romantycznej atmosferze, rozmawiając o partnerszaftach i życiu krabuw amerykańskich, ale zachciało się pannie papieroska. Zostawiła goferka odpalonego i z kluczykami w stacyjce ( czym zresztom pogwałciła brutalnie wszystkie swoje zasady i kilka mojich hehe ), że miałem już wizje, jak pale w nim spszengło i krence ósemki wokół dystrybutorów, a pan ze stacji wybiega i zdejmuje koszulke, a potem robi nią śmigiełko w powietrzu hehe. Jak już było po zakupach, wróciliśmy do Michałka, który się rozwalił jak u siebie w domu, hehe. Następnego dnia miało być Boże Ciało więc musieliśmy wcześniej brać dupę w troki. W domu byłem o piontej. W moim rozległym korytarzoprzedpokoju, który ma szerokość baruw największych leszczy, stanęła rodzicielka. „Jadłeś łobuzie, chuchnij! Zobaczysz, zasuwasz dzisiaj jakbyś miał motorek w dupie na Boże Ciało i nie ma przeproś! Będziesz ze starymi babami nius rurzaniec giganta”. Cuż miałem robić, moi mili, jak mi ten jeden kielon wódki, co się nim uraczyłem, wleciał gdzieś między migdały i waliło mi z mordy jak z fabryki Polmosu, hehe. Założyłem moją piżame z dzipem of rołd i poszedłem spać.

Bałem się wpierdelu więc poszedłem na to Boże Ciało. Spóźniłem się na msze 4 minuty, więc stwierdziłem, że nie idę, hehe. Stanąłem za bramą w oczekiwaniu na świąteczny obchud po dzielni. Patrzyłem na lewo, patrzyłem na prawo i stwierdziłem duże zagęszczenie lachonuw. Bardzo mnie to zatrwożyło, bowiem zwykle na długi łikend zjeżdża się lachonarium z okolicznych wsi, takich jak Jedlińsk, Kielce czy Halinuw. Już wypatrzyłem taką samotną gąske i miałem podejść i zagadać do niej, lecz nie wiedziałem co powiedzieć. „Hej mała, masz nogi takie seksi i długie jak trasa procesji, hehe”, „Widzę że wierzysz w Boga, wienc teraz uwierz w miłość od pierszego wejrzenia hehe”. Wszystkie te propozycje, które mijały zakrenty w mojej muzgownicy były dla mnie jakieś liche. Stałem więc dalej jak bażant i obserwowałem jak Rafałowi chodzi mucha po plecach, hehe. Tymczasem z kościoła wyszedł ksionc. Nosili jakieś maszty, drewniane kszyrze – olbrzymy i złote słoneczko pod daszkiem, hehe. Myślałem, że bedom kościuł malować, że tak wszystko wynoszom, hehe. Chodziłem po obsranym stolcem śmierdzoncym kapturze razem z kolegą i rozmawialiśmy o tym co u niego, czy wreszcie skończył podstawówke. Słońce prażyło dupę więc na ostatnim przystanku tego pochodu byłem z wiernymi już tylko myślami, hehe.

W miendzyczasie szukałem pracy. Miałem kręcić katarynką, ale nie wyszło, bo mam za duże kwalifikacje do tego zawodu, więc szukałem czegoś bardziej ambitnego, takiego jak roznoszenie ulotek chwiluwek, hehe. Jestem zwykłym biednym bezrobotnym wienc szukałem pracy w internecie, bo szkoda mi było siana na makulature. A i tak potem nie ma użytku z takiej gazety. Kiedyś podcierałem sobie po przeczytaniu dupsko wszelaką prasą kolorową, ale pewnego dnia jak miałem pod ręką kropke tefał nie patrzyłem czym podcieram i w efekcie tego, na dupie odbiła mi się morda Kasi Cichopek. Jak poszedłem na radomskom plaże borki się opalać na waleta, każdy się ze mnie śmiał. A wracajonc do tematu, bo znowu zboczyliśmy, tak jak Marcin zboczył ze ścierzki wiary, hehe, szukałem wszelkiego zajęcia, gdzie się tylko dało. Stwierdziłem że mogę nawet posłużyć głowom za stojak na browary, tylko niech mi za to zapłacom. Z tej desperacji hciałem nawet iść na truskawki z Żanetom, ale uznałem, że czerwone paluszki to chyba nie jest to, co hciałem w życiu osiongnońć, hehe. W dodatku słyszałem że te truskafki nie rosnom jednak na drzewah i trzeba się schylać , a chyba bym nie przeżył jak ten Płazuś by wypiął na mnie to dupsko, wienc porzuciłem pomysł jak złodzieje kradzionego poloneza w lesie, hehe. O dalszych moich wojarzach za pracom jeszcze wam trohe pomarudze w tym wpisie, a tymczasem, zajmijmy sie czymś powarzniejszym, bo pieniondze przeciesz szczęścia nie dają, tylko szacunek u dzieci bananuw, hehe.

Każdy sie podniecał, że w Lidlu kaszanka po 5,20 i nawet nie zauważyliście, że zaczęło sie Ełro. Jarałem sie razem z dwudziestoma milionami ludzi pszed telewizorem ( bo reszta to cygany, niemcy i murzyny, hehe ) niczym Tupolew w Smoleńsku, że wreszcie polaczkom sie coś udało, hehe. Ubrałem dresy i zużytom koszulke po włefie, żeby dzielnie kibicować rodżerowi perejro, mużynowi olisadebe Kubie Płaszczykoskiemu i Jankowi Lawendoskiemu żeby coś szczelili tym biało niebieskim mordom grekom, hehe. Włonczam tiwika a tam dansingi jakieś, normalnie goronczka sobotniej nocy. Jadłem pomidrouwke i tak pytam mamy, czy może nie wlała mi za dużo magi bo widze jakieś grzyby tańczonce a jakiś pedzio gra dabstep na fortepjanie. Poczekałem hfile, zaczoł sie mecz. Byłem dobrej myśli, bo pszecież polska co ma osiemdziesionte miejsce w rankingu fifa tuż za reprezentacjom bezludnej wyspy zawsze daje rade. Obserwuje jak sie chłopcy kopiom po łydach a tu nagle Lawendoski se pomyślał, „aaa pujde na ohłapy może coś szczele, hehe”. Ale lutnął z głuwki, mocniej niż muj kolega, łysy ktury ostatnio wywalił pod klatkom jakiemuś leszczowi co mu trampki zdeptał hehe. I gol, super fajnie, hehe. Ale cuż po tym, jak stadion oszalał, a tu taki balas, hehe. Szczelili na remis, że sąsiad sie zbulwersował i powiedział wionzanke słów nie nadającyh sie do publikacji a ja sam z rozpaczy włożyłem sobie żarówke do mordy, hehe. Najlepsiej to mi się podobała mina Wojtka Nieszczensnego jak mu się zrobiło czerwono przed oczami, hehe. Ale dobrze że Pszemek Tytoń czuwał, zaóważył że szczelajoncy karnego ma lekko scentrowane nogi w prawo i tak też sie rzócił w efekcie czego nie póścił kolejnej szmaty hehe. Widać przydała mu się kariera w klubie nocnym, już tam szmat przez bramke nie puszczał hehe. Po meczu podobał mi się komentasz Józefa Żmudy: „noo trudno tak bywa, krowa sie topi a łańcóh pływa, hehe, nie wprowadziłem zmian do meczó, bo hłopaki nie mieli korkuw, nie starczyło nam pieniendzy bo już rozdzieliliśmy na premie dla mnie i mojej żony, hehe, a w klapkach nie bendom biegać, a pożyczyć też nie mogom bo Lawendoski ma grzybice stup i potem takie buciki tszeba przed pożyczeniem szorować od środka pumeksem z Tajwanu” Wieczorem, każdy kto chodził po ulicy śpiewał: nic sie nie stało, hehe. Nagle w Polsce, kraju kwitnoncej lipy tylu patriotów, hehe. Każdy woził na samochodzie flagę, jakby to był okrent marynarki wojennej. Niektórzy pozamiatali tymi biało czerwonymi kondonami nakładanymi na lusterka. Sam nie wiem po co to, chyba żeby nie zmarzły w nocy, hehe. Poniżej pszykłady:

ŹLE. Tutaj widzimy stanowczo za mało flag. I ktoś taki nazywa sie patriotom, pff, hehe. Powinno być po osiem z każdej strony

Szkoda że nie otwierajom sie tylne szybki, jeszcze ze cztery by na niom weszły, hehe

DOBRZE. Wspaniały pszykład patriotyzmu. Dwie co prawda małe flagi, ale są jeszcze pokrowce na lusterka.

Taki człowiek to patrjota z krwi i kości, hehe

10 czerwca 1993, to data kiedy lekarz mnie ciongnoł za dupę, bo myślał że to głowapielęgniarka upuściła na podłoge, a potem jak podnosiła to uderzyła głowom o kant stołu, hehe. Naprawde dzienkuje wszystkim bardzo, żeście mi złożyli życzenia przez fejsa, hehe. Z okazji mojej dziewietnastej wiosny dostałem od mamy skarpetki, a od babci piontaka na loda, hehe. Jak wieczorem moczyłem nogi w misce, zadzwonił do mnie Michał ( ten Michał co nad Mazdom wzdychał hehe ). Jak nie mógł się już bardzo dodzwonić, zostawił esmeska z życzonkami i buziaczkiem na końcu. To było takie słodkie, że aż zjadłem śledzia z podniety, hehe.

Kolejny mecz, tym razem ze zwionzkiem radzieckim ruskimi. Myślałem, że przy wymianie proporczyków, ten kacap da Płaszczykoskiemu sierp i młot, hehe. Nic z tyh rzeczy. Sendzia gwizdnoł i zaczęła się kopanina. Przy 1:0 dla Rosji, sonidzłem, że juz pozamiatane. A tu nagle Błaszczykoski wyskoczył jak dzik z kukurydzy. Kopnoł jak wściekła kobyła, że nawet ruski bramkarz tego nie wybronił. I goool, hura, Bronek Komoroski błysnoł dzionsłami, ucieszył sie Smuda, jak to śpiewał twuj ulubiony zespół, hehe. Mecz o wszystko wygrany 1:1, hehe. Tytoń został oficjalnie idolem gimbusów, za to że ma lepszą klatę mordę niż Nieszczęsny, hehe. Tego też dnia, urodziny miał Marcin, ale niestety, nie przepłukał gardła cytrynuwkom, bo cienszko pracował na pajdę chleba, hehe. Udzielał informacji kacapom, madziarom, mużynom, cyganom, jehowym, bezdomnym, ułomnym, głuhym, ślepym, ochotnikom przytyckiej strarzy porzarnej, kombatantom, uczestnikom klubu brydżystów pakistańskich a nawet kibicom, gdzie najlepiej najszczeć, jak już się popije parę kenigerkuw z biedronki, oraz gdzie najtaniej kupic kebaba, do którego nie napluł żaden wściekły turek, hehe. Złożyłem mu nawet życzenia, jak nakazuje stara mongolska tradycja – na tablicy fejsa. Nie mogłem zasnąć z podniety – polubiły je aż trzy osoby, czyli na pszykład ty i twoich dwuch ziomków albo cały zespuł ich troje, hehe. Marcin, ty guwniażu, jak ty na guwno mówiłeś „papu” ja już srałem w nocnik.. Żartowałem. Ssałem cycki, hehe.

Dostałem zaproszenie na kolejnego tripa tym razem, ku zaskoczeniu wszystkich – u Michała. Rzułem paruwkę, a że jestem twardszy niż kupa przy zaparciu - jem razem z folijką. Musiałem ją wygrzebać spod plomby śrubokrentem, kiedy właśnie zadzwonił telefon. Myślałem że dzwoni do mnie jakaś super fajna, cycata laska, ale to była tylko Żaneta, hehe. Zresztą, spujrzcie na mnie. Myślicie, że do mnie dzwoniom super cycate laseczki? Pewnie że nie. Wstydzom sie, hehe. W każdym razie, Żanette popluła coś do aparatu, że Kasia ma urodziny, że aż musiałem ucho wycierać, hehe. Wypatrywałem gofra, a że jest to unikalny na skalę Płaskowa wóz, a ja mam odwrócony persykop w oczah, zauważyłem ich z okna za budynkiem rechabilitacji. Myślałem, że fragles porwał jej auto, na szczenście był to tylko ślepy, który chyba w zamian za pszejażdżke tom maszynkom z wolfcwburga wymasował jej czoło stopami. W trakcie jazdy, katował biednego gofra aka „zajonc szarak” , niczym chamy katujom beemke na paleniu gumy w Skaryszewie. Jechał jak żukiem pełnym kartofli na giełde warzywnom, ale da się pszyzwyczajić. Pierwszy raz w rzyciu widziałem dom Kasi z bliska. Ta elewacja, arr, hehe. „Wykańczałbym” – jak to mawia Mihał. Dostała ptasie mleczko, a my dostaliśmy całuska. Pamiętam, jak byłem tak głupi, że wchodziłem pod stuł i udawałem że wbijam gwoździe plastikowym młotkiem. Już wtedy wiedziałem, że bez młota to nie robota, hehe. Mieliśmy na spułkę z bratem ptasie mleczko. Zajadałem się, ogryzałem ścianki, delektowałem się jak świnia paszą, aż nagle milczenie kąsumpcyjne przerwał on słowami: A czy wiesz, że ptasie mleczko, to ptasie guwno jes? hehe. Wtedy mi obrzydził i już zrzekłem się swojej połowy. Musiałem oglądać, jak pakuje do mordy trzy naras a na mnie patrzy tym swoim spojrzeniem kulawej anakondy. Ale niech tam, niech mu idzie w cycki, hehe. Ale o czym my to? Aaa, o gołych babach, hehe  Acha, o tripie, hehe. Po drodze na Marglowom, gdzie barszcz rozlewajo, spotkaliśmy Nika. Idzie sobie z duperką, odwalony, ten tego, krawacik, czysty, pachnoncy. Podchodzi do samochodu, i wita się z każdym, jak na francuskiego dżętelmena przystało. „Ja teszz chcee, ja tesz chcee” – jenczała Żaneta, co mnie zdziwiło, bo niedawno odrzucało ją gdy ten unosił pahy do góry, hehe. Postał, poklepał troche głupot, uruhomił swuj koński brecht i oddalił się w nieznanym kierunku. My byliśmy już w drodze na mecz holędrów ze szwabami. Jak zwykle chłopaki wzięli po piwku a raczej po pietnaście w pobliskiej biedronce na Ustroniu, hehe. Ślepemu zachciało się czysburgera, więc poleciał, jakby miał motorek w dupie do makdonalda. Zostawił mi portfel, żebym zapłacił za obfite zakupy na kwotę dziesieńć czternaście. W wakacje nie hciałem zrobić sobie zakwasuw na muzgu, więc dałem kasjerce dyszkę i dwujkę, a żeby usprawiedliwić swoją gupote, odrzekłem „yyy nie hce mi sie szukać drobnyh, hehe” – przy czym zrobiłem minę, jakbym wdepnoł w krowiego placka w klapkach japonkach. – „Nieh pan szuka” – „Nie moje pieniondzie, co sie bende pierdzielił, hehe” – skwitowałem w ostryh słowach. Niedługo potem gościliśmy się u Mihała, który jak dobry gospodasz, jak zwykle zadbał o obfito zastawiony stuł. Pryncypałki, cherbata – żyć nie umierać, hehe.  Do naszego grona wkrutce dołączył Wikuś, któremu chyba spodobało się liceum, hehe. Przyjechał swoim wolwem, es osiemdziesiont, w którym silnik jest większy niż w rybackim kutrze, hehe. Samochod jest wprost idealny na piersze auto – wymiary zbliżone do cienszkiego radzieckiego czołgu doskonale sprawdzą się przy potronceniach leśnej zwierzyny – wszelkie zajonce wkręcają się w wiatrak chłodnicy, a ty jedziesz dalej, jakby w domu czekał na ciebie pyszny shabowy. Wiktor poopowiadał nam, że niedługo będzie zarabiał wiencej niż ruska mafia rocznie, bo dostał kontrakt w tefałpe i będzie człowiekiem odpowiedzialnym za przewijanie paska z ceną buraków w agrobiznesie, hehe. Niestety nie umył pient, więc musiał szybko wracać do domu. My zaś oglądaliśmy dalej filmy porno.Wkrótce wszyscy uznaliśmy, że pora lulu, więc niezawodna jak maluch w zimę Żaneta, zrobiła tour de Radom i rozwiozła każdego prawie pod same dźwi, hehe.

Tysionc obrazków na kwejku z krecikiem dało mi do zrozumienia, że zbliża się mecz z czehami. „Wygrajom, przeciesz to dla nich bułka z masłem i gewetą, hehe” – pomyślałem, zagryzając przed telewizorem klapsznita z serem i keczapem. Z tych wrażeń prawie posikałem się w moje ortalionowe dresy umbro z drugiej renki, hehe. Siedziałem przed tiwikiem z nadziejom, że tym razem polaczkom się uda, że wybijom się jak Robert Mateja z progu na mamuciej skoczni. Niestety, siedemdziesionta druga minuta, i Tytoń został pokonany. Polski Zwionzek Niepaloncych lubi to, hehe. To już był koniec, Polska miszczem Polski, hehe. Ani Lawendoski ani Damian Perkins nie szczelili czeskiemu bramkażowi. Czapka czołgisty ze strychu, odziedziczona po dziadku – kąbatancie drugiej wojny skutecznie pomogła mu odbierać wszystkie szczały podania od polakuw. Po meczu Lawendoski powiedział: „Przegraliśmy bo szczeliliśmy mniej bramek, hehe. Bez spiny, som drugie terminy. Już za cztery lata polska bendzie miszczem świata. Pozdrawiam gimnazjalistki moje sezonowe fanki, hehe. Dobrze że przynajmiej nie musimy wracać do domu, hehe. Dobra panie redaktor lece do turka na kebaba bo głodny jestem po tym bieganiu”.

Ja sam meczu nie dobejrzałem do końca. Miałem ochotę zkapiszonować telewizor a potem przejechac po nim kombajnem marki bizon, ale ścisnąłem sobie łeb szufladą i przeszła mi ta agresja. Przez kilka następnych dni, pseudoeksperci analizowali pszebieg meczu. Nie mogłem tego oglądać, wienc nawet reklama pedigri z Brunem, co stawia zdrowego kloca była dla mnie ciekawsza. Koko koko kukuryku Smuda siedzi w foteliku, hehe.

W swoim życiu obejrzałem tylko kilka filmuw ( redtube sie nie liczy, hehe ). Jednym z nich był „Wrota do piekieł”. Poleciła mi go Karolcia, bo szukałem strasznego filmu dla dzieci poniżej lat trzech hehe. Film był tak durny, że tylko „jak otworzyć piwo siekierą…” to pozycja głópsza niż owy holiłudzki horor. Opowiada o Chrystinie, młodej lasce, ktura nie posiada cycków i pracuje w banku w firmie która zajmuje się kredytami czy innymi pierdołami, hehe. Chociaż firma od kredytów, to chyba bank. Dobra, chszanić to, hehe. Pewnie menska część moich ridersów, myśli teraz, że horrorem samym w sobie, jest fakt, że Christine ma plecy z przodu. Racja panowie, hehe. Ale dla reżysera było widoczniej za mało strasznie, więc dodał do filmu demony, szatany i wszelakie ciorty, hehe. Nie bende wam przybliżał o czym jest film, bo może ktoś z Was, jest prawdziwym chardkorowcem i jeździ w lato na sankach bokiem na piasku, hehe. Powiem tylko tyle, że ostatnim razem tak się przestraszyłem, kiedy zauważyłem, że skończyło mi sie mydło w płynie. I coś takiego, puszczają na enemefach. Gdybym wydał na to pieniondze, po seansie poszedłbym do kierownika kina chelios i powiedział: „Panie, guwno to ja se moge obejrzeć po skończonym sraniu, zanim wode spuszcze i to za darmo, hehe”.

Wieczorem chciałem sobie wyszorować dupę i rence, lecz tam gdzie zwykle leży mydło, tym razem była pustka. Poszedłem wienc do szafki na buty, bo w mojej rodzinie w szafce na buty trzymajo mydło, a w lodówce buty, hehe. Żarcik kosmonaucik; w szufladach tejrze szafki mama kitra drobne artykuły dupomyjonce, takie jak mydło czy pasta na buty. Niestety mydła nie znalazłem, za to zainteresowałem się tym innowacyjnym produktem do polerowania laczkuw:

 

Odkręciłem zakrentke. Emocje prawie jak na gżybach. Pech chciał że w tym momencie na czernidło zadziałały wszelkie siły koriolisa, siły odśrotkowe jondra ziemi, siły wyporu i blirzej nieokreślone pieruńskie siły, hehe. W efekcie tego, zalałem sobie nim moje odświentne dresy, nogi, rence oraz co gorsza dywan w kolorze smerfuw, hehe. W locie zdążyłem jeszcze roztzepać wszystko, żeby na dywanie porobiły się kropki jak na dupie biedronki. Spanikowałem, bo czułem, że jak nie doprowadzę tego do popszedniego stanu, mama da mi szlaban na kąputer, hehe. Znalazłem w innej szafce płyn do czyszczenia dywanuw. Było tam napisane „hronić pszed kretynami hehe, doskonale nadaje sie do czyszczenia czernidła do butuw z dywanu”. Pomimo ostszeżenia wziołem tego płynu z jakimś pedałem na etykiecie i wlałem do wiadra osiem nakrentek na litr, hehe, mimo że było napisane „max dwie nakrentki albo jedna chochla od zupy”. Znalazłem też kawałek szczotki, która właściwie służy do szorowania grzybów z między palców u nóg, ale pomyślałem, że zmienimy jej kąpetencje, hehe. Zacząłem heblować dywan szczotą a kropki znikały w magiczny sposób, jak plamy po oleju, krwi i pocie z koszulek zygmunta chajzera, hehe. Właściwie powinienem go wcześniej odkurzyć, ale to była partyzantka, hehe – mama chrapała jak ohroniarz parkingu strzeżonego i nie mogła sie dowiedzieć. Wyfrendzlowałem go elegancko i wyglondał nawet lepiej niż niezalana połuwka, z czego byłem niezmiernie dumny, tak jak Janek pancerny był dumny z psa Szalika, hehe. Modliłem się do wielkiego kota, żeby wyschło do rana. Popatrzyłem sobie na dresy, ale one zawsze były czarne ( chociasz nigdy nie prane w perłolu, hehe ) wienc uznałem, że po co proszek marnować, jak wyglondajom na czyste, jeszcze by mi się przydarzył syndrom Nika i bym wyjoł je z pralki, i by były czyste a potem by sie plamy pojawiły, hehe. Porzuciłem ten pomysł  w fazie projektu myjonc kolana, bo niestety przesionkło i też miałem plamy, hehe. Nad ranem nie skończyłem podziwiać mojej wyczepistej roboty, chociaż dywan sie zjerzył, ale mama nie wie do dzisiaj i raczej sie nie dowie, bo nie wchodzi na czerstwysuhar, hehe. Pozdrawiam mame! ps. kiedy obiad, hehe

19 czerwca i kolejny trip. Przyjechała po mnie Żanette, bo nikt inny nie ma ochoty tego robić, hehe. Tym razem przywiozła Kasię. Było mi wstyd, bo Zamłynie to taki radomski manhatan, a tu przyjechała taka pienkność i już mam minus tysionc do podrywu, hehe. No ale na szczenście w pore pszypomniałem sobie, że pszecież nie mam zamiaru jej podrywać, hehe. I tym razem nic nie piłem, licząc że pszejade sie golfem naookoło domu, hehe. Kasia opowiadała, jak to cudownie jest w technikoloże, że aż rozmarzyłem sie i obrzygałem tenczom. Mówiła o wkładaniu płyt ze świnkom peppom do pudełek, w jenzyku urdu, hehe. Kiedy tak snuła legendy, była to hosanna dla moich uszu. W myślach jusz miałem wizje, że wkładam płyty do pudełek i zostaje pracownikiem miesionca, top wkładaczem, hehe. Ponieważ Żaneta miała brudne stopy wstyd jej było wejść do domu Mihała bez Michała, więc poczekaliśmy w samochodzie. Jako, że jestem głupi i nie wstydze się tego, znalazłem sobie zabaweczkę z magdonalda – jakiegoś kosmicznego balasa. Podziwiałem też stopień czystości gofra  – i tutaj należom się owacje dla Kamila, który wymył go i wypucował, żeby wyglondał godniej. Zobaczyłem flagi i myślałem że to jedzie prezydęt, ale to była tylko mazda. Wkrótce już wszyscy siedzieliśmy w lawendowym pokoju, chrupiąc cipsy z biedronki. Tylko ślepy siedział w milczeniu. Nie dziwię się, nie każdy dostaje od dziewczyny z łokcia, po czym gryzie się w język, hehe. Miłość, ach ta miłość, hehe. Gołombki wkrótce pogodziły się, a w ramach przeprosin, Żaneta pozwoliła się złapać za stopę, hehe. Jak zwykle posiedzieliśmy trochę, obejrzelismy kilka filmów z Antonim Chopkinsem. Właściwie to tylko Karolina oglądała, ja i Marcin chrapaliśmy pod ścianom, chociasz nikt tegto nie widział, hehe. Wkrótce i tak, każdy już chrapał  w domu bo nie był to długi trip, jedynie symboliczna harbatka, hehe.

Znowu zdobyłem fejm przez fantazyjne komentarze z dupy wziente do zdjenć duetu Aguś & Noguś. Jestem miło zaskoczony, tym że tak kohacie muj styl, hehe. Wśrud osub, które dały lajka znalazła się nawet Pathycja Pssszybylska. Brak mi słuw, hehe. Czuje sie jakbym dostał oskara albo złotom genś za dokonania artystyczne, hehe. To właśnie dla was tworze te symboliczne wpisy, starajonc sie ukazywać wam najszczerszom prawde, którom zarejestrowałem na pszesztszeni miesiency, hehe. Homar gdyby tylko rzył mógłby schować sie w schornie przeciwatomowym a przy okazji zabrać swoje liche pisma typu „Iliada” czy ( co on tam jeszcze napisał, hymm… aha, wiem już, hehe ) „Jak Wojtek został strarzakiem”, bo to taka rzadka piśmiennicza kupa, jeśli mogę zrobić takie poruwnanie ( a ile błendów tam, że sie czytać nie da, hehe ). Jeszcze raz wielkie dzienki, tym co czytajo no i co, zachencam do dalszej lektóry mojego wpisu, hehe

Kolejny dzień to cienszka jak rajd paryż-dakar dla naszej Mégane, wyprawa na wieś. Samochód jest tak chamski, że uznaliśmy, że to idealne miejsce dla niego, hehe. W istocie, chodziło tylko o umycie silnika, po jego przygodach, kiedy ponius go melanż z chłodniczym płynem i sam sie obrzygał, hehe. Na początku musieliśmy kupić coś, do umycia silnika. Niestety, sok z marchfi zmieszany z kretem do rur nie zdał egzaminu, więc szukaliśmy czegoś w karfurze, czym sie psiuka i silnik błyszczy się jak psu jajca na wielkanoc, hehe. Kupiliśmy go i mogliśmy ruszać w morderczy dwudziestokilometrowy rajd, którego ten samochód mógł nie przetrwać. Jazda Renatkom z dziurawym tłumikiem, za sprawą którego ryczała jak jeleń w sidłach, była najwyraźniej za mało przypałowa, toteż podjęlismy decyzję o umieszczeniu tak kochanej przeze mnie narodowej flagi na tym żabojadzkim bolidzie, hehe. Pytałem brata, czy to pali dynde, jara laczki, jednym słowem – czy lata na renczym, hehe. Nie musiał mi nic tłumaczyć – na pustym obszarze parkingu zrobił sto osiemdziesiont, że moja wątroba znalazła się na miejscu nerek, hehe. Powtórzył jeszcze raz swoją sztuczkę, tym razem obserwowałem reakcję ludzi – jeden gróbas w sejczencie zabłysnął mleczakami, widać niezły z tej Renaty zadzior i ma uznanie pod karfurem, hehe. Dalszy włajaż przebiegał dosyć pomyślnie, jednak zawrotne prędkości 70 km/h to zbyt wiele dla dodatkowych akcesoriuw tjuningowych. Flaga prawie się urwała, więc lepiej ją zdjołem bo nie chciałem, żeby poleciała komuś na szybę, doprowadzajonc do wypadku. Potem taki ktoś miałby napisane na nagrobku, że zginoł za ojczyzne, hehe, bo przeciesz stało się to przez narodowe barwy, hehe. No ale nieistotne, nie dronżmy. Jechaliśmy dalej i kiedy dotarliśmy do okolicznych wsi, mogłem karnąć się tym diabelskim wehikułem. Tarcze hamulcowe z tyłu są cieńsze niż bibułka, wienc na publicznych drogach, wole nie ryzykować, bo jeszcze niewychamowałbym i zrobił komus z dupy garasz, hehe. Udało mi się ruszyć od razu, chociaż Renia daje każdemu chszest bojowy i lubi zgasnąć, tak jak leszcze gasnom po mojej cientej ripoście, hehe. Na wsi zabraliśmy się do roboty. Myliśmy silnik szlauchem a kołpaki szczoteczką do zembów, hehe. Murzynem od tej drobnej roboty byłem oczywiście ja. Zrobiłem je na błysk, że wyglondały jak nuwki, nie licząc tego, że miejscami zdarłem lakier, hehe. Ale kto by sie przejmował, w końcu i tak samochód idzie do żyda na handel, hehe. Po samochodwym SPA jakie zafundowaliśmy temu dziarskiemu pietnastolatkowi ( gimbus! hehe ), odpaliłem piec. Terkotał, furkotał, stukał i pukał, prawie jak młockarnia z osiemnastego wieku, hehe. Coś było nie tak, ale ruszyliśmy w podruż powrotną. Samochód tracił pałer (ciekawe, przecież z pustego i Salomon nie naleje, hehe ) i przyznam szczerze, że trochę nas to zaczęło martwić. Jechaliśmy w pocie czoła, Renia zaczęła wibrować jak stara nokia na cichym profilu, hehe, że musiałem trzymać radio, bo wypadało. A niech by wypadło, i tak nie działa, hehe. Zjadło płytę, ( smacznego! hehe ) i już nie chciało wypluć, bo się nagrzało jak wudka na słońcu. Znana firma REDSTAR jak zwykle zrobiła solidny produkt, hehe. Ale my przecież nie o tym, bo wam niszcze przeciesz dramatórgie wydarzenia hehe. Na trasie Renia nie potrafiła wykrencić więcej niż 60 km/h. Czułem się niezręcznie, kiedy wyprzedzały nas tiry i koparki, a nawet rowerzyści bez nug, hehe. Już niedaleko krulewskiego zamłynia układ wydechowy brzmiał jak w amerykańskich wyścigowych autach. Ludzie spoglądywali na nas z uznaniem, myślonc że zapakowaliśmy do ałta wyczynowe bebechy ale ja wolałem się shować bo może szedłby jakiś lahon, od razu by pomyślał, że samochud choruje, a potem bym miał ujemny szacun na rewirze i żadna blachara już by mnie nie chciała. Dojechaliśmy. Co za dzielna kobieta, hehe. Szybki luk pod podwozie i okazało się, że Renatka drapała brzuchem o asfalt, hehe. Dwajścia kilometrów. Oj tam, oj tam. To tylko urwany tłumnik, hehe. Późniejsza reanimacja dała drugie życie samochodzikowi i od tej pory nic, tylko gaz lać i jeździć, hehe.

Spędzając wakacje na wsi, postanowiłem zrobić fotoreportaż, dla wszystkich moich fanuw. Z góry przepraszam za jakość zdjeńć, robiłem je zenitem ze strychu, hehe. A tak na serio to szajsungiem, który sprawdza się jedynie jako otwieracz na piwo. Zacznijcie ze mnomwirtualną wendrufkę, po krainie gdzie polsat śnieży a telefony gubiom zasięg nawet w tym cztery gie, hehe.

Wieś położona jest 21 kilometrów od Radomia ( jak kogoś tam zawozisz, to palisz frana, że czydzieści, hehe i frajerek płaci za wachę hehe ). Czternaście tysiency lat świetlnych od wsi głównej, mieści się dalsza cześć wsi, gdzie spędziłem już na oko pół życia pokonsany przez wenże, hieny, zasczypany przez gensi, czy wyszczekany przez wszystkie psy w okolicy, hehe. Miłe somsiedztwo zachęca do pożyczania cukru, mąki albo trzech stówek, hehe:

Ups, pomyliłem fotkę, sory, hehe – to z folderu z goroncymi panienkami, hehe

Sąsiedzi trochę zarośli, ale na szczęście wygnietli sobie labirynty w trawie, hehe. Zwróćcie uwagę na proekologiczny, biodegradowalny dach szopy – ideał, cioty z grinpis właśnie klasczom w dłonie, hehe. Podwórko żyje własnym rzyciem. Za krótką murawom stoi płot, a właściwie kładzie się w strone pułnocy. O tym zdjenciu nie ma co wiele opowiadać, normalna, przytulna chatka o jakiej marzysz, by mieszkać z drugą połówką do końca życia, hehe.

Kolejne zdjęcie to już moja posesja, strzeżona przez obronnego kota, którego nazwałem garfilt, hehe. Kota na zdjęciu nie widać, bo kiedy mnie widzi, ucieka na czterysta metrów w pole. Przedtem wytrzeszcza gały, jak Marcin, którego ponagla się ze spłatą kredytu, hehe:

Zdecydowaliśmy się pomalować dom na kolor akwamaryny, żeby było go wyraźnie widać z satelity, hehe. Jest to też wielki, patriotyczny czyn – w razie wojny to właśnie tą hatę ostrzela niepszyjaciel bo będzie ją widać najwyraźniej z bombowca, hehe. Pseudofundamencik, obieliliśmy na żułto, żeby jeszcze łatwiej było znaleźć posesję po pijaku. Tatuś, powinien mieć ksywę Dżepetto, bo z drewna zrobił tszepak i stuł, hehe. Owy dom ma już ponad sto dwadzieścia lat, pochodzi z innej czenści polski, nie wiem czy od hanysuw, czy od kaszubuw, ale kiedyś ludzie lubili pojeździć chatom po kraju, hehe. Przeżywam trałme, kiedy tylko przypominam sobie, że była to kiedyś szkoła. Tak właśnie – pewnie wielu tumanów pamięta te mury deski, hehe. Wprowadziliśmy pewne poprawki, bowiem cała chata jak również wszystkie budynki gospodarcze obite są eternitem, hehe. Nawet w kiblu, można dostać raka od tego azbestu, hehe.

A skoro jesteśmy przy kiblu, to tym razem zdjencie toalety:

Kiedy byłem mały i latałem z glutem pod nosem wraz z moimi niemondrzejszymi braćmi, dorwaliśmy spraja i postanowiliśmy coś stworzyć. Już wtedy czułem w sobie duszę artysty, hehe. W efekcie naszych pociągnieńć puszkom oraz flamastrem nanieśliśmy kilka informacji, niezbędnych do bezproblemowego oddania kału, hehe. Na zdjenciu widać serdeczne powitanie, osoby idącej za potrzebą, oraz informację o pobieranej opłacie. W sekrecie powiem wam, że nigdy nie pobraliśmy tej opłaty od nikogo. Wszystko dla picu, czaicie, co nie? hehe. Na zewnęcznej części były również jakże mylne napisywinda” wraz z naniesioną klawiaturą windy i wskaźnikiem pientra, jednak deszcz wypłukał te bazgroły i nawet dobrze bo jeszcze by ktoś się pomylił, hehe. W kiblu jest wiele pajonkuw, więc osoby o słabszych nerwach srajom po krzakach.

Jeśli lubicie gotować, mam tu dla was najnowszy model kuchni indukcyjnej, hehe:

Niestety w okresie letnim jest nieczynny, z powodu ze zamknięty, hehe. Jednak na waszą specjalnom prośbę, mogę otworzyć dźwiczki i upieczecie sobie ziemniaka w popiele. Za małolata, lubiłem coś dożucić do pieca, że aż zgasło, hehe. W zimę ogrzewałem sobie w ten sposub łydki. Moją pasją było palenie plastikowych opakowań, bo bajecznie się topiły, a ja sam zatruwałem pół rodziny trującymi spalinami, hehe. Wybaczcie, że tak przeszedłem z tematu kibla do kuchenki, ale jestem słabym przewodnikiem, jak kulawy pies ślepego. Przejdźmy jednak dalej, tym razem moja suta kolacja:

A niemuwiłem, że jestem twardzielem i jem razem z folijką? hehe. Paruwy, jajka – czym chata bogata. Specjalnie dla czerstwysuchar.wordpress.com ułożyłem chleb z masłem, tak jak robi to Magda Gesler. Perfetto! hehe. Miałem nawet filmik jak jem paruwkę, niestety popełniłem małe faux pas , bo spadła mi na spodnie i wyturlana w keczapie zostawiła kilka plam, więc uznałem że to sie wytnie, hehe. Z portfela dumnie wystaje doładowanie oręż za pieńć złoty. Było mi potrzebne do zakupu kilku tapet z rozebranymi babami, hehe.

Żeby przyrządzić takie wyszukane posiłki, babcia co jakiś czas chodzi na pobliską wieś, skuszona dźwiękami klaksonu żuka – mobilnego sklepu, hehe. Wyobraź sobie, że jesteś właśnie takim sprzedawcą, a do renki dostajesz napisaną odrencznie, listę zakupów:

Powiem wam szczeże, że lubie sobie czasem oszamać łótka i popić śmietanom czyli ogurtem, hehe. Zwykle jako przekonske jadam też hłep z pasztecikiem. Zostawiam wam, to zdjencie do interpretacji własnej. Dodam tylko, że babcia skończyła zaledwie cztery klasy, hehe, czyli dokładnie tyle ile niedługo Nicoś w licełum, hehe. Ożeł ortografi to z niej chyba nie jest. Mósze ją jeszcze dużo nauczyć, hehe.

Na koniec naszej wendruwki,  pokażę wam jeszcze jak wygląda profesjonalny strach na wruble i jaszczomby, a nie jakieś badziewie z muzełum wsi radomskiej, hehe.

Jak tak się lepiej przyjżeć, i ślepia wsadzić w monitor, widac udeżajonce podobieństwo stracha do Marcina Zdrala sprzontajoncego po imprezie, hehe. Nawet znalazła się szara koszula, jednak brakuje plam po keczapie. No i oczywiście zły browar – powinny być chmielowe perełki, hehe. W ten sposub doszliśmy do końca moich wypocin. Mam nadzieję, że podobała wam się moja druga posesja, hehe. Może pieńć gwiazdek to to nie jest, ale myślę że mocne cztery, hehe. Wierzę, że kiedyś do mnie przyjedziecie i razem będziemy odganiać się od wenży, jaszczurek i myszy,używajonc w tym celu procy i motyki  hehe.

Dawno nie mieliśmy menskiego wypadu na piwko, więc Marcin zebrał drużynę Aktimela, hehe. Był hersztem bandy w składzie ja i gołomb. Udaliśmy się do sklepu, w celu zakupienia chmielowego kompotu. Ja i Marcin, kupiliśmy wyjontkowo Żywca w butelce, chociaż w smaku przypomina końskie szczyny. Rafał, stary alkoholik, zaskoczył wszystkich – nawet expedientkę i kupił tymbarka w plastikowej butelce. „Rafał, nie szalej, kub sobie Kubusia, hehe”- pomyślałem. Usiedliśmy pod wiatom, a raczej, pod altaną, gdzie wszystkie deski, przesionkły już aromatem spirytusu, hehe. Kilku zmenczonych życiem maruderów w spokoju sączyło lubelską cytrynówkę. My rozprawialiśmy o wakacjach, stódiach, maturze i pracy, czyli o wszystkim, o czym rozmawiajo ludzie, kturym w życiu nie wyszło, hehe. Marcin bawił się w Szerloka i dociekał czym w życiu zajmuje się Gołomb. Niestety, nie udało sie. Dupa obsrana z niego nie detektyf. Tylko ja jestem dobry w te klocki, jeśli wiecie co mam na myśli, hehe. Dostaliśmy dziwnej gastrofazy, a że zostało jeszcze troche miedziaków w sakwie, namówiliśmy Marcina na zakupy w Aldim, który miał być za rogiem, a tak naprawdę był dwa kilometry dalej, hehe. W szwabskim sklepie kupiliśmy dwie paczki czipsów, w tym jedne za 99 groszy. Jak kosztowały, tak smakowały, hehe. Zjedliśmy je dopiero na Wałowej, bo tam jest lepsze powietrze, chociaż troche trąci żulem, hehe. Chodził jeden biedak ze złamaną kombinerą, i zaczyna z nami temat.Myślałem, że powie: „chłopaki, narysujcie mi coś na gipsie, tylko nie siurki plis, hehe” ale on wymyślił chwytającą za serce historię, o tym jak był w szpitalu i nie ma pieniędzy ( tak jakby wcześniej je miał, hehe ) i jest bardzo hory. Wiedziałem, że jego choroba to brak przeźroczystej, płynoncej wesoło w żyłach, ale Marcin miał świeczki w oczach i wyjoł swoje ostatnie pieniądze, czyli na oko jakieś siedemdziesiont groszy i dał spragnionemu. Ja tez dałem – czterdzieści groszy, hehe. Bardzo się ucieszył, a później sobie poszed i podzielił zyskiem z kolegami, którzy najwyraźniej myją się w stawie, hehe. Przyszła pora i na nas, więc oddaliliśmy się w strone choryzontu. Spotkanie dobiegło końca – i dobrze – zadarłem kiece i zdonżyłem jeszcze na tabalugę, hehe.

Ho ho ho! Jak można zapomnieć, o starej gwardii koksuw, hehe. Niewątpliwie jednym z nich jest Karolcia. Ostatnio widziałem ją jak człowiek małpa wynalazł ogień w epoce dinozałruw, więc spotkanie było świetnym sposobem na odkurzenie mojego muzgu. Poza tym, dawno nie sprzedałem jej żadnego suchara i nie miałem okazji zmierzyć ile decybeli ma jej chihot, hehe. Mam szlaban na samochud po tym jak ostatnio pomyliłem gaz z chamulcem, wienc byłem skazany na podróż chamskim autobusem lini jedenaście. Na przystanek musiałem biec na czmiela w kierunku z którego wiał słowiański wiatr, hehe. Miałem misję, kupić żelki, więc przedtem wstąpiłem do ulubionego marketu szwabów po Charibo złote misie. W drodze zastanawiałem się czy Solaris ma bardziej mientkie zawieszenie od MANa, po czym doszedłem do wniosku, że obydwa bujają się na zakrentach jak gruba Kinga w kajaku, hehe. Dobrze że przed tą przejażdżkom za złoty dwajścia nic nie jadłem, bo kierowca zapierdzielał po zakrętach, których na gołembiowie nie brakuje. Majo nawet rondo drifteruw, hehe. Jechałem aż na końcowy chociaż niekturzy z was, pewnie myślom, że powinienem jechać, ale na końcowy siedemnastki, hehe. Wyszedłem z autobusu, ale jej nigdzie nie było. Było mi przykro, więc dałem dupie i nogom chwile przyjemności, siadając na przystanku i podziwiając funkiel nówki opony w Solarisie oraz komunistyczne walonce sie bloki z płyty, hehe. Kiedy tak wzdychałem do tych zabytkuw architektury pojawiła się Karolina. „Długo czekasz?” – powiedziała. „Tak, długo za długo i zaras dostaniesz bociana w udo i skończy sie dzień dziecka, bendziesz mi tutaj cwaniaczka strugać, soluwa w kiślu i nie ma przeproś, hehe” – pomyślałem, lecz dobre maniery pozwoliły mi tylko na nieśmiałą odpowiedź: „niee, no co Ty”, czemu towarzyszył ten głupkowaty wyraz twarzy, hehe. Karolcia była razem ze swoim łaciatym prawie jak krowa cholenderka zmieszana z polskim cielaczkiem psem marki Farez. Akurat wtedy, chłopakowi przyznali spacerniak więc nie protestowałem, ale dumnie kroczyłem z tym dułetem. Pogoda była brzydka jak dupa goryla, wiatr dymał Fareza w uszy, wienc ustawiał je jak stateczniki w samolocie, żeby go wihura nie zepchła do gołembiowskich oczek wodnych, hehe. My sami rozmawialiśmy o aktualnych problemah finansowych Libanu. Żartowałem – obrabialiśmy wam dupy, hehe. Po obchodzie zaprosiła mnie na chatę. Oczyma wyobraźni widziałem jusz jak mnie czenstuje pasztetem, kiełbasom i innymi rarytasami takimi jak salceson, banany i tym podobne, hehe. Przedpokój w tej chacie jest taki, że spokojnie by tam wjechał maluhem a i jeszcze ze dwa prosiaki by weszły, hehe. Z polecenia pani gospodasz, usiadłem sobie na kanapie. Bardzo sprenrzysta musze przyznać.Farez dostał żarcie. Miałem już upomnieć się o swuj pasztet, ale wolałem być kulturalny bo byłem u ludzi w domu, hehe. W tym czasiesiedziałem jak gej samotnik w pokoju ktury wyglonda na typowo dziewczency. W moim na ścianach som gołe baby, terminator, szybkie samohody – na pszykład laguna albo miś korargol i od razu widać, że to moje miejsce w hacie. Wodziłem oczami wyłapujonc najlepsze miejsca w tym pomieszczeniu, ale długo nie mogłem patrzeć, bo zwodził mnie eukaliptusowy kolor ścian. Eukaliptusem, to chyba oćpał sie ten co nadaje farbom nazwy, bo mi to wyglądało na fluorescencyjną zieleń dyskotekowom. W pokoju było również dużo cienszkiej literatury. Z tych wszystkich ksionżek można by zrobić ze cztery siatki do stołu pink ponga domowej roboty, hehe. Niestety, nie było tam blond Patrycji, a liczyłem że przyświrujemy pawiana, hehe. Bardzo chciałem ją poznać i ona mnie tesz, ale teraz nam zostało co najwyżej na czacie onetu pogadać, hehe. Zabrałem się za jej poradnik dla młodyh matek, który leżał na drukarce. Były tam opisane metody wyhowawcze dzieci. Co prawda, ona sama nie jest młodom matką, ale studiuje jakieś dziecioznastwo i musi wiedzieć co takie dzieci jedzom i w jakiej tęperaturze je prać, hehe. Ja sam mógłbym coś takiego napisać. „Jeśli twoje dziecko ryczy jak bubr, złap je za nogi i zrub mu ze trzy samolociki w powietszu, hehe”. W oczy rzucały mi się też gry planszowe, takie jak hińczyk, koreańczyk czy inne szachy elektryczne, hehe. Złowieszczo spoglądała na mnie z góry lalka, która nie miała lewej rzensy. Przeszliśmy do kuchni, bo stwierdziłem, że napiłbym się harbatki. Myślałem, że zaparzy mi ją na twardziela – ja włożę do mordy torebkę, a ona zaleje moje migdały wrzątkiem, hehe. Skłoniliśmy się jednak do tradycyjnyh metod, parzenia w kubkach, hehe. Ogromna lodówka przywodziła mi dzikie myśli, ile to cudo może kaszanki pomieścić. Wyglądałem z okna kuhni jak papież w niedziele, jakby miał przejerzdzać ulicom premier Boliwii. Obiad w plastikowych pojemnikach, zostawiony dla rodziców, wesoło hasajoncych po hipermarkecie, przypomniał mi scenki z podstawuwki, kiedy najbiedniejsi ludzie, jedzący na obiad bób ze skurkom, przychodzili z garem na stołuwke i brali do domu po trzy litry fasolki po bretońsku albo jednom wontrupke na karte obiadowom dziecka, hehe. Siedzieliśmy z Karolciom w pokoju, dyskutując na bardzo ważne tematy. Bawiłem się poduszką z kanapy. Miziałem ją, ściskałem, smyrałem, macałem, jak francuski kohanek, hehe. Popijałem przy tym harbatę, której właściwie pani gospodasz nie lubi, ale dała mi, żeby przetestować czy to pitne jest wogule, hehe. Jedliśmy ciasteczka, które Karolcia odmroziła specjalnie na te okazje ( bo podobno tszyma je w zamrażarce, hehe ) i żelki, które były takie kwaśne, że morda sama się krzywiła. A tu nagle trach! Moja zmyślona kohanka chyba zemdlała z wrażenia, bo upadła głuwkom na kubek ze szlachetnym napojem parzonym na liściu. Połowę wylałem, ale pamientając swoje przykre wydarzenia i wykorzystując wszelkie doświadczenie zdobyte na wylaniu czernidła, przyjąłem wszystko na klatę, hehe. Oblałem sobie właściwie kaloryfer, którego nie mam, ale nad którym dzielnie pracuje, codziennie klepiąc sie po bżuchu i żłopiąc piwo, hehe. Co za wpadka – na szczęście sofa była sucha, jak dupa ojszczanego niemowlęcia w pieluszcze Pamers, hehe. Sprawdzałem czy Farez lubi bansować, ale nie chciał wiec mu trochę pomogłem. Bujał się jak na koncercie Boysów w Szydłowcu, hehe. Odchodząc trzy razy kichnął i spojrzał na mnie z politowaniem. „Czemu mnie to spotyka” – jego wyraz pyska muwił sam za siebie, hehe. „Całe życie z idiotami” – pomyślała pewnie biedna Karolcia. Jak już wyschłem, było po wieczorynce, mama bombardowała telefon, wienc trzeba było uciekać. Sprawdziliśmy autobus – zagadką było dla mnie, jaką tapetę mają dziewczyny w łindołsie. Przyznam że niebieski kolor, to nie to, czego oczekiwałem, hehe. Na pulpicie toczyła się walka ikon – po prawej ikonki tatusia, po lewej ikonki Nogusia. ( hehe ale mam rymy, jak mezo ). Mój przeszło dwustukonny rydwan miał być lada momęt, wienc wyskoczyliśmy z domu, jakby milicja miała zrobić nalot i udaliśmy się w stronę śmietnika. Przedtem, w pszedpokoju, tatuś spytał kulturalnie córki, czy idzie na pole. Ja cie krence, te Nogusie to hanysy jakie, ślunzoki, hehe. Jak wychodziłem z klatki, zauważyłem na ścianie napis „JP 100%” . „Ale tu mieszkajo odważni ludzie - ktoś nie wstydzi sie tego, że jest pedałem na sto procent, hehe”- pomyślałem. Karolcia rzuciła workiem na śmieci, z precyzjom Majkela Dżordana i odprowadziła mnie do limuzyny, więc wsiadłem i znów jechałem w tę brzydszom czenść Radomia, gdzie psy dupami szczekajo, a baby chrust niosom. Musiałem wysiąść kilometr od mojej bazy. Szedłem dumny jak paw, żeby pohwalić się rodzince, że właśnie postanowiłem, że wżenie sie w Nogusiów, po to żeby dożywotnio dupę wozić czarnom hondom, bo viki sypie się jak łupiesz a srebrny to mało gangsterski i ciut pedalski kolor, hehe. Byłem zmenczony tym całodziennym pierdzieleniem głupot, wienc szybko puściłem bańkę nosem i ten dzień skończył się dla mnie.

W tym całym świecie pełnym melanrzy i sielanki zapomniałbym o tym, że pisałem matury, hehe. Potwierdzam, chociaż to było dawno i nieprawda. Musiałem jeszcze raz odwiedzić mury piontego elo, żeby zabrać parę świstkuw, zupełnie mi do życia niepotszebnych. Ja i tak w przyszłości będę kopał rowy uszami. Ale dobra, niech im będzie – chyba nie mają pieca i nie doceniają jaki kaloryczny jest papier, hehe. Największym problemem był dla mnie ubiur. Właściwie powinienem załorzyć papierową torbę na mordę, hehe. Po burzliwych dyskusjach z męską częścią trzeciej gie i Konradem, doszedłem do wniosku, że nie będę się stroił jak do księdza po kolendzie. Zgrana niczym gang olsena klasa ubrała barwy reprezentacji niemiec w siatkuwke. W swojej grynszpanowej koszulce, wyglądałem jak libero, hehe. Margolcia wyszła na środek i zaczęła walić te swoje smuty, że napisaliśmy najlepiej w całej szkole a jej jest głupio, bo zawsze uważała nas za głobmów, którzy za małolata pchali klocki w kształcie kwadratu w dziurę w kształcie gwiazdki, hehe. Siedziałem z Adamem, który otworzył perfumerię w ostatniej ławce, hehe. Sprzedaje perfumy fm, które nie dość że śmierdzo jak pachy hieny, to jeszcze na samosi ludzie żalą się, że wyskakują im po nich krosty na czole ­­wielkości mandarynki, hehe. Czekałem, aż dostanę świstek. Zostałem wywołany jak pałer rendżers do bazy zordona, hehe. Wpisałem się w książkę kądolencyjną kronikę i zadowolony wróciłem sztachać się fiolkami, hehe. Zapomniałem wziąć świadestwa – co za gafa. „A na co mje to” – westchnołem głęboko, ale wróciłem po uścisk prezesa, hehe. Matury poszły mi nieźle – bardzo się ucieszyłem bo od dziecka marzyłem, rzeby być studentem politechniki radomskiej co w logu ma grzyba, hehe. Wyszedłem ze szkoły w biegu, jakbym podłożył bombe w kiblu. Wróciłem do domu, dostałem całusa od mamy ( pierszego od osiemnastu lat, hehe ) i oznajmiłem jej, że dziś obieram kierunek Płaskuw.

Nie ma miłości, trzeba robić melanż, hehe. Kto mnie zna, wie, że ja i alkochol to jak woda i ogień, hehe. Wszyscy mnie ładnie prosili, bo dawno nie widzieli, jak przewracam się na siedzonco więc zgodziłem się zabalować. Tym razem ambasadorem imprezy miał być gruby Jurek, który jak już wiecie, ma na imię Michał. Jego rezydęcja mieści się w Płaskowie­ – wsi, w której nawet dźipi-es traci orientację, hehe. Musieliśmy tam jakoś dojechać, więc transport zapewniła mi mama Marcina, z którą zwykłem witać się piąteczką, hehe. Rodzina Zdralów jeździ Renatą, a konkretnie Scenikiem. Jest to większa i wytrzymalsza wersja Megane – psuje się zaledwie raz na dwa tygodnie, hehe. Z tyłu siedzi się jak w papamobilu. Jadąc, miałem ochotę pomachać do wiernych. Zawieszenie skrzypiło jak kolana moheruw, które nie stosują Artresanu. Mordercza podróż zawiodła nas wreszcie na teren posiadłości Jurusia. Na miejscu spotkałem kilka mord znajomych i pysków nieznanych, ale hitem była Żaneta w odblaskowych, różowych gaciach ( + 3000 do bezbieczęśtwa w nocy hehe ). Zainteresowało mnie Iweko, stojące na podwórku, które tymczasowo służyło za magazyn zakąsek do wódki, hehe. Sama wódka chłodziła się w wiadrze, tuż obok profesjonalnej konsolety didżejskiej skonstruowanej z radzieckiego magnetofonu i kolumn od unitry. Stara indiańska tradycja, mówi żeby nie tykać wudki, póki wszystkich nie ma, więc napychaliśmy z Marcinem mordy wszelkimi piernikami, cipsami, ciasteczkami a on dodatkowo sałatką, żeby dostać poważniejszej sraczki niż ja, hehe. Właściwie, nie mieliśmy do picia nic, co ma procent. Całe życie, na kredycie jak to mawia Marcin, hehe. Dopiero Michał i jego japońska wiśnia – pogotowie alkocholowe, pozwoliły nam na realizację planu minimóm i zalanie się w trupa do zgonu. hehe. Już po pierwszej kolejce czułem się bosko, bo szumiało jakbym był nad morzem, hehe. Piliśmy, jedliśmy, rozmawialiśmy, łapaliśmy się za kolanko – robiliśmy wszystko to, co robi się na przeciętnym balecie gimnazjalistuw, hehe. Wkrótce przyjechało jeszcze kilku gości, między innymi „didżej Bobo” tojotą korollą. Uważam, że tojota robi dobre ale wuzki widłowe, hehe. Samochód wyglondał, jakby wrócił właśnie z misji w Afganistanie.W reklamach chwalom sie, że ponad 50% tojot jeździ jeszcze po świeciebez wontpienia, ta powinna należeć do tych drugich niemoblinych 50%, hehe. Kiedy podwórko Jurka wyglądało już jak parking pracowników Biedronki, swoją obecnością uraczył nas jeszcze Mateusz i Bartuś, w Hondzie Syfik Kupę. Model ten należy do ultraunikatowych, bowiem wyprodukowano zaledwie dwa miliony sztuk tej wersji nadwoziowej, hehe. Jako typowe polaczki prowadziliśmy zagorzałą dyskusję na temat samochodu, ale żaden z nas nie odważył się na kąplementy, bo honor tego zabraniał. Michał miał spore problemy, kiedy jego piguła apapu dała nura w browarze. W tym momencie wyobraził sobie, że wygrał wyścig formuły pierszej, potrząsnął bernardem ( czy innym wynalazkiem, które on tam pija, hehe ) i oblał wszystkich gości. Dzienki Michał. Nie skomentowałem tego, bo właśnie żułem udko z grilla, opalanego rurą wydechową tojoty, a poza tym byłem już zalany, hehe. Jakby jeszcze było mało twarzy, z dupy pojawił się tam Konrad, który zrobił nam psikusa – myślał że nikt nie wie o jego niecnyh planach przybycia, a w rzeczywistości czekaliśmy na niego jak na zasiłek z mopsu, hehe. I znów, jedliśmy, piliśmy. Ślepy jeszcze tysionc razy powtarzał, jak to wygrał na zakładach dwie bańki. Jeszcze chwila i zaczęliby pisać o tym w Fakcie, tuż pod artykułem w stylu „chlep morderca odgryzł mi ucho”czy „urodziłam dziecko smoka-mutanta”, hehe. Dbam o dobry wizerónek kolegów, dlatego wymyśliłem, że kto będzie czuł w żołondku falę powrotną, mówi „pomidor” a ja idę z nimi na pole hafciarzy, hehe. Jadłem wszystko, jakbym był na drogim weselu, hehe. Kiełbasę z keczapem zagryzałem pierniczkami, co musiało się skończyć wielogodzinnym męczeniem kibla nad ranem, hehe. Wymyśliliśmy, że każdej kolejce, nadamy przydomek i tak: jedenasty był piłkarskim, dwunasty apostolskim, a trzynasty pechowym, hehe. Chyba faktycznie był pechowy, bo niedługo potem jeden z moich przyjaciuł szepnął: pomidor. „Cebula!” – miałem jusz na końcu języka, ale szybko skojażyłem fakty, zareagowałem i wkrótce mógł w spokoju rzygnąć. Mam nadzieję, że właśnie nie jesz, drogi czytelniku. Jak jesz, to wyłoncz lepiej, hehe. „Tylko nie muw nikomu hah” – „Spoko loko luzik spontan hehe” – odparłem, ale i tak wiedziała już cała wieś. Siedząc przy stole, po godzinie zauważyłem że tojota stoi odwrotnie i naświetla lampami kiełbasę. Konrad zmienił jenzyk na angielski, jakby był na bankiecie u królowej Elżbiety. „Chyba już się ochlałem jak śfynia. Już finito”; – sumienie skrencało mi bebech a wątroba wołała o pomstę do nieba. Po chwili, wybiłem sobie głupkowaty pomysł z głowy i tym razem rzuciłem kolejnym genialnym pomysłem, żeby wypić bez przepitki, do ogurka. Po tym wyczynie moja morda wyglądala jak odwrócona asymptota, hehe. Nie wiem, chyba coś było w tym ogórku, bo po tej kolejce już nic nie pamiętam, hehe. Moje czarne skrzynki przestały rejestrować. Dojechałeś do celu, dzienkujemy za podruż, hehe. Co robiłem dalej, czy piłem i gdize przebywałem, tego nawet najstarsi gurale nie wiedzom, hehe. Moja pamięć zamieniła się w zardzewiałe sito, hehe. Obudziłem się nad ranem, jak nakazuje tradycja – z Marcinem u boku, w namiocie, do którego skakałem na głuwkę i nie mogłem trafić w otwór. Złe ogurki, oj złe, hehe. Chciałem wszystkim pokazać, że nie jestem tak bardzo wypity, ale usnąłem na ławce. Chciało mi się suszyć jaszczura, więc slalomem podonżałem do kibla. Na moje nieszczenście, tam Kasia urządziła sobie pokaz piękności przed lustrem. Tańczyłem kankana tylko po to, żeby nie zejszczeć się w pory, hehe. Na szczęście w końcu wyszła i mogłem zacząć swoje pięć minut oddawania moczu. Kiedy wyszedłem, czułem się jak Al Kapon, hehe. Dołączyłem do zkacowanych, chroniąc sobie głowę przed słońcem pokrowcem do namiotu. Już piendziesionty raz słyszałem historię Jurka, jak pojechał królową polskiej wsi – oplem wektrą­, pościgać się na grand pri radomia, ale ostatni zakręt wzioł na ręcznym i zrobił trzystaszejdziesiont, hehe. Słońce prażyło dupy, a cycki Kingi rosły w oczach. Jurek chłodził gości ze szlaucha. Było zupełnie jak na dniu straży pożarnej połączonym z wyborami miss mokrego podkoszulka, hehe. Pierwszy raz dziewczyny były mokre na mój widok, hehe. Ja sam niedługo, też miałem mokro w majtkach i pod pachami, więc nie pierdzieliłem się dłużej i pokazałem wszystkim gołą prawdziwą męską niegoloną klatę, hehe. Oddałem Michałowi moje ostatnie żetony za zakupiony alkohol ­– wyglądały, jakbym wyłowił je z fontanny szczęścia bo ich nominał nie przekraczał jeden złoty, hehe. Na pewno chłopakowi zrobiło się cienżej w portfelu, ale zgodził się jeszcze odwieść mnie w głąb wsi. Nie chciałem żeby podwoził mnie pod samą furtkę, bo pewnie zgubiłby się w lesie i dopadłyby go nimfy leśne, których panicznie się boi, hehe. Do tego madzia świeciła się jak cycki Kejti Pery i szkoda było ją uwalić po dach w gnojuwce, hehe. Czekała mnie wienc jeszcze podruż z buta na wschud przez sąsiednią wioskę, gdzie czas zatrzymał się w osiemdziesiontym drugim. Czułem się jakbym szedł przez skansen. Słońce paliło, a ja nie miałem kaszkietu, więc niczym Makgajwer skonstruowałem sobie talibski turban z bluzy. Mijałem fafarafy, co mają passata w dizelku i są panami wsi. Mierzyliśmy się wzrokiem jak kowboje na dzikim zachodzie. Nie wiedzieć czemu, zacząłem sobie nucić przypadkowe piosenki na głos. Mam nadzieje, że nie usłyszała tego żadna sarna ani inny drapierznik bo pewnie teraz kona w menczarniach, hehe. W domu babcia dała mi rosuł. Hosanna, hehe. Nie ma lepszego posiłku po cienszkim piciu. Zjadłem dwie blaszane miski ( i teras mam wiencej żelaza hehe ) ku uciesze seniorki, która najchętniej spasłaby mnie na grubom świnie.

Wkrótce przyjechali moi rodzice. Tylko obserwowałem, jak mama bada oczami stopień upojenia alkoholowego syna. Dobrze, że chwilę wcześniej, sprzedałem sobie kilka siarczystych liści, hehe. Od razu wyglądałem dostojniej. Na tej mazowieckiej Majorce miał zjawić się jeszcze braciszek, który w odróżnieniu ode mnie, ma dziewczynę, a renki używa tylko do pisania i jedzenia, hehe. Jechał Renatą, jechał… i nie dojechał, hehe. Rozkraczyła się jak koza przy porodzie, tuż pod laskiem, hehe. Niestety, to był rozrusznik. Dla kobiecej czenści moich fanek ( a jest menska czenść fanek? lol hehe ) to urządzenie, które robi „yhu yhu yhu yhu wrrrrrrrrrrrum, hehe, brrruuuuuuuuum!” przy odpalaniu. Tatuś kazał mi prowadzić srebrnego Hansa, ale w moim stanie można conajwyżej zabijać komary oddechem, hehe. Tego dnia byłem tylko murzynem do pchania samochodu. Z godziny na godzinę muj żołondek coraz bardziej cierpiał. Mistrzowie sarkazmu uznali ten dzień idealnym na kiełbasę z grilla oraz picie wódki. Już miałem iść po widły, żeby sam się dobić, hehe. Pozostało mi tylko siedzieć przy stole, odwrócony dupą do wody ognistej i zagryzać kiełbasę, jak szczerbate dziecko wojny i granata.

Kolejny dzień to wyprawa na Słomczyn. Misja – kupić rozrusznik do Renaty ( wiecie, trzeba dbać o kobiety, hehe ). Musiałem wstać wcześniej niż do krów. Słomczyn to jedna z największych samochodowych giełd w Polsce. Każdy kto mieszka naprzeciwko, zmienił już swoje podwórko w parking, a swoją rodzinę w parkingowych, hehe. Można tutaj kupić wszystko, od kabla bezprzewodowego po hamulce do taczki. Powietrze przesiąknięte jest zapachem smażonych kiełbas, piwa i przyprawy do flakuw. Jeśli ukradli Ci samochód, znajdziesz go na Słomczynie. W częściah, hehe. Jednym słowem, można się tam ubrać, zjeść i wyjechać bitym golfem, co cztery ślady zostawia, hehe. My szukaliśmy tylko jednej głupiej czenści, ale straciliśmy nerwy, bo nawet sam szatan nie wie, co kryje się w Renacie i co jest dla niej dobre. Kupiliśmy rozrusznik od handlarzyka – mechanika amatora. W sumie nie wiadomo, z czego on pochodził. Czy z kosmicznego pojazdu Sojuz, czy z radzieckiego ciongnika, a może z chulajnogi? W każdym razie zrobiliśmy dil, bo z lekka siara pchać wóz tej klasy pod blokiem, hehe. Wracaliśmy uśmiechnienci że przedłużamy życie samochodu o kolejny tydzień. Niedługo będzie w stanie kolekcjonerskim, bo zostaną w nim wymienione wszystkie czenści, jak już się spierdzielą, hehe. Misję ratunkową zrealizowaliśmy we wtorek. Nie wiedzieliśmy dobrze, gdzie w tym samochodzie jest rozrusznik, więc próbowaliśmy kilku ustawień, hehe. W końcu przykręciliśmy go byle gdzie, uwalając sobie ręce jak górnicy po szychcie, hehe.  Samochód jenczał, niczym tania aktorka porno, ale w końcu usłyszeliśmy turkot tego potwora. Robota była skończona, więc wsadziłem dupę w Hansa i asekurowałem papę Suchara w drodze powrotnej, na wypadek gdyby znowu coś się urwało Megan, na pszykład silnik, hehe.W domu, mama kazała mi ochronić nasze ałto przed słońcem i spojrzeniami lachonuw.

Jak mus, to mus, hehe. Kocyk Ardjana +10 do lansu, +33 do chłodu, +60 do wyglondu, hehe. Musicie przyznać, że logistycznie to obmyśliłem, jak mawia Karolcia, hehe.

W telewizji reklamujo tego nindżę co olał studia i siedzi na latarni, hehe. Alior, powiadacie. To jakieś masło? Nie, to nowy bank, który słynie z tego, że nie działa, hehe. Szukają jeleni i znaleźli, bo skusiłem się na darmową stówkę za otwarcie konta, hehe. Pomyślałem, że za takie pieniondze wyjadę do Peru i do końca życia będę grał w grę doił kozy. Kurier latał wte i wewte żeby donieść mi wszystkie papiery, bo można sobie legalnie założyć konto, nawet jak Ci dupa przyrosła do krzesła komputera, hehe. Dostałem nawet kartę pajpas, i wsadziłem ją do portfela. Teraz każdy myśli, że jestem bogaty i jak siadam na kiblu to sram dukatami, hehe. W samym banku istnieje coś takiego jak wirtualny oddział, czyli jednym słowem zatruj nam dupę, a my poudajemy rze się znamy i wiemy jak ci pomuc, hehe. Kilka razy pisałem do nich o pjerdoły, a że wyświetlało się zdjencie bankiera, któremu właśnie zawracasz gitarę, ciongle liczyłem że będzie to ostra laska z cyckami Pameli Anderson, hehe. Niestety, zawsze trafiał mi się jakiś pokemon a za którymś razem gruby, spocony Wiesiek. Pytałem ich o proste rzeczy, ale zawsze działali tak samo. Czułem się głupszy, niż jestem, hehe. Zadajesz pytanie: jakie jest oprocentowanie lokaty a oni odpowiadają na pytania co to jest lokata, kiedy postwały lokaty, kto wymyślił lokaty, jakie są dostempne lokaty, jak lokować lokaty, kto to jest lokator, jak ma na imię człowiek z największą lokatą, ile zysku ma bank z lokat, ale jeśli chcesz znać odpowieć na swoje pytanie, szybciej udzieli Ci jej sołtys Wonchocka albo pani z warzywniaka. Ogulnie działanie banku oceniam na mocne zero, hehe.

Pewnie zastanawiacie się, co kupiłem za zdobyte cienszkom pracą pieniądze. Wbrew pozorom nie zainwestowałem ich w siebie, czyli przepierdzieliłem, hehe. Chciałem rozkręcić biznes na allegro, a konkretniej zostać pierwszym na świecie handlarzem kierownic komputerowych. Brzmi dumnie c’nie? hehe. W tym celu codziennie tam grzebałem ( bez skojarzeń plis hehe ) i udało mi się znaleźć kilka spszentów w interesującej cenie nieprzekraczającej ceny dużego kebaba, hehe. Na początku chciałem kupić szajs jakim jest kierownica Manta. Osobicie uważam że manta robi dobrze tylko te czekoladowe serki, po kturych kruszom się zęby i ma się błogą sraczke, hehe. „Ale co mi tam” – pomyślałem, dyszkę mogę dać, hehe. Jak rekin aukcji ustawiłem ałtoprogram, który miał złożyć tę oferte życia na 10,50, hehe. Niestety, ponieważ jestem życiowym nieudacznikiem i tym razem, jakiś guwniarz, co pewnie wyrywa mleczaki obcengami przebił mnie na kwotę 11,50. Eh, chyba jest wiencej takich rekinuw w tym morzu biznesu, hehe. W końcu udało mi się kupić Logitech Łingmen Fors Giepe, hehe. Krutko ją zrecenzuję. Kierownica jest po prostu świetna, EwaWahowicz na pewno by jom poleciła. Jej kąt obrotu jest mniejszy niż w maluhu z założoną laską na kierownice. Kierownica jest dwukolorowa, agresywna czerwień doskonale symuluje jazdę wieśniackim golfem po tjuningu, hehe. Zmiany bieguw dokonuje się łopatkami umieszczonymi z tyłu kierownicy, tak jak jest na pszykład w oplu korsie, hehe. Dołączone są do niej pedały, ale ktoś zajumał spszengło. Kierownicę mogę polecić z czystym sercem, wszystkim tym, którzy zatrzymali się w rozwoju na czasach pszeczkola. System ałtocentrowania i wibracji zapewnie połamanie ronk. Jeśli masz Simsy i chciałbyś pograć w nie na kierownicy to jest to produkt właśnie dla Ciebie, hehe.

W międzyczasie starałem się szybko zmienić moje kąpetencje i zając się czymś pożytecznym. Pomagałem Adasiowi z jego nową stronką, która jak on sam muwi, już niedługo będzie miała więcej wejść dziennie niż porntube, hehe. Strona jest licha, jak sandały sudańczyka, ale wsadziłem w nią całe moje nerki, hehe. Miałem w mózgu spięcie, po tym jak musiałem przywitać się z kodami programistuw, ale dałem radę, w efekcie czego, zrobiliśmy coś, co wygląda tak marnie, że gdyby widziała to unia, dałaby dofinansowanie na rozwuj, hehe. Czułem się jak informatyk, tyle że nie siedziałem we flanelce, hehe. Adam mówił mi jakie elementy chce na swojej stronce, a ja posłusznie jak piesek wykonywałem jego polecenia. Hau hau, hehe. Chciałem wstawić gadrzet – okienko czatu ze striptizerką onlajn, ale uznałem że charakter strony nie bardzo temu odpowiada. No szkoda, hehe. Wiele wysiłku kosztowało mnie zbudowanie czegoś, co nie działa. W tym miejscu pozdrawiam serdecznie moje wszystkie naóczycielki informatyki, a było ich pienć, hehe. Zjeżdżając z tematu jak z gurki za blokiem na jabuszku w zime, powiem wam, że hitem chitów, była jedna nauczycielka w gimbusiarni. Miała wiecznie włączony blutu, co koledzy wykorzystali do przesyłania, ekchem, filmów o tematyce wiadomej, hehe. Pewnego dnia przeszła samom siebie, kiedy mieliśmy lekcje z ekselem. „Musze wam coś powiedzieć dzieci. Nie chciałam jeść mizerji na objad, wienc przyjęli mnie do szkoły. Wcześniej pracowałam z dziećmi specjalnej troski. Teraz pracuję w gimbazjum wienc nieduża rużnica, ale na komputerach to ja sie znam jak kozioł na katarynce, hehe”. Cuż miałem zrobić, na to wyzwanie. Poczułem się źle wienc włączyłem sobie puchar świata w skokach narciarskich, hehe.

Co za epicka gra. Najgrosze było jak Ci kolega ruszył renkom, jak widział że już drugi raz przelatujesz skocznie, hehe. Co większe nerwusy, wciskały reset na kąpie, hehe.

Na deser zostawiam wam wymianę zdań ­naóczycielka kontra jajogłowa uczennica – lizus:

„Psze panii a niewie pani jak zrobić mnorzenie?” – „Niee wiem, niestety, ale weź sobie wyjmij kalkulator a w tych tabelkach wpisuj tylko wynik, hehe”

­­Muwiłem, że wrócimy do tematu pracy. Hura, udało się, hehe. Myjnia Peter przyjmie do pracy uczniów i stódentuw! „Klawo!” – pomyślałem, więc zadzwoniłem na podany numer.Koko koko euro spoko” – usłyszałem w słuchawce. Już wtedy wiedziałem, że właściciel to niezły oszołom. Po symbolicznej rozmowie, wydukał że Siwi składa się osobiście w barakach siedzibie firmy. Pojechałem, bo maratońska to rzut beretem od moich posiadłości. Na miejscu spotkałem kilka kamperów, serwis opon i biuro, które wyglądało jak schron Adolfa Hitlera, hehe. Wszedłem w ręku dzierżonc teczkę PCK, którą wygrałem kiedyś w konkursie wiedzy o szamie. Za biurkiem siedział burak, na oko ze stron Kowali. Nawiązaliśmy pasjonującą rozmowę, tylko zabrałko naszej ulubionej kawy, hehe. Spytałem czy ogłoszenie jest aktualne. „Tak” – odpowiedział Piotruś Pan, mierząc mnie wzorkiem, jakbym był Adrianą Limą w bikini. „A czy to jest praca stała, czy na hwile?” – podtrzymywałem konwersację. „Stała” – udzielił wyczerpujoncej odpowiedzi mój niedoszły szef, hehe. To już wtedy był dla mnie cios z harpuna w plecy, ale szukałem jeszcze iskry nadziei: „A czy doświadczenie to warunek konieczny” – błysnąłem polszczyzną jak neon nad burdelem. „Tak, doświatczenie jest wymagane”. Stanąłem tam, jakbym połknoł goronce kartofle, lecz zaraz potem zrobiłem obrut na piencie. Byłem zły, bo nie można wprowadzać ludzi w błond. Wychodząc widziałem jednego młokosa, która z gołą klatą mył auto klienta. Doświadczenie, powiadacie, hehe. Pewnie nabrał go przy opryskiwaniu papryki saletrą. W przyszłości zemszcze się. Kupię sobie słonia i pozwolę mu nasrać na skórzaną tapicerkę mojego kabrioleta. W silniku dam zagnieździć się szczurom, a lakier wyszoruję druciakiem.  Potem pojadę do „Petera” i poproszę o pełny program czyszczenia, hehe.

Kolejny dzień przynius mi miłą odmianę. Dostałem telefon, że Aga zaprasza do siebie i będzie grube melo z rodzinkom, bo wykluczajonc ich jest chata wolna, hehe. Przyjechał po mnie Michaś. Jestem uprzejmy i dbam o stan opon w jego samochodzie, więc nie hciałem, żeby niszczył sobie bieżnik jadąc te trzysta metrów pod sam blok, hehe. Poszedłem za pszychodnie, gdzie zwykle zbierają się łebki i tak głośno żłopią piwo, że słyszę jak im gul skacze, z balkonowego okna. Tym razem spotkałem tam na szczenście legendarną rużowom mazdę aka ciemna fuksja, hehe. Rozpoczołem skanowanie pasażerów. „Aga?” Hee”, wydarłem się jak stare psześcieradło. „Siemanko, jechaliśmy właśnie do Ciebie, ale widzę, że w samohodzie mieszkasz, hehe” ­­­- miałem już na końcu języka, ale szybko go przygryzłem prawym siekaczem, żeby nie robić dziewczynie pszykrości. Ruszyliśmy na Sławno. Słyszałem o tej wsi dużo legend. Podobno jest tam staw, ale zamulony bardziej niż lekcje histori w gminazjum, hehe. Jak chcesz złowić rybkę czekasz do wiosny, aż sama się udusi. Jadąc, uchyliłem sobie w Madzi okienko, żeby wykonać „zimne paluszki”, hehe. Moje uszy przyjmowały całą aerodynamikę, ale fajnie było, jak powiada Marcin. Ależ ten Michaś popierdziela, jak Fernando Alfonso, hehe. W niedługim czasie dojechaliśmy i mogliśmy podziwiać rezydęcje Pszybylskich. Powiem Wam, fajna chata. Ostatnio taką widziałem na pocztuwce z Darłuwka. Wszędzie kostka brukowa, jakby Jadar ich sposnorował, hehe. Było też tam trochę trawy – przycięta jak na narodowym w czasie ełro, hehe. Dbajo ludzie o domek, nie to co ja - gdyby mi pies zdechł to bym zauważył po miesiącu, hehe. Musieliśmy na czymś usiąść, bo przecież nie jesteśmy murzynami i nie siedzieliśmy w chacie z bambusa, hehe. Wyciągnęliśmy ogrodową chuśtawkę. Widać było, że została złożona przez chińczyka za miskę ryżu, bo takie jenżyniery jak Michaś i Marcin ( prawie jak Czip i Dejl, hehe ) miały problem z rozłożeniem daszka, hehe. Jak już wszystko stało zaczęliśmy rozmawiać. Przeszliśmy od tematu Flinstonów do alkoholi. Nie wiem jak to się stało, widocznie rozmówcy byli elastyczni jak guma w majtkach i otwarci na wszystkie tematy. Wyśmialiśmy Kąrada, który jak już nawali się fest dwoma triksami wysyła esemesy alfabetem morsa zmieszanym z kodem jedynkowym, hehe. Jedliśmy paluszki i popijaliśmy wodą. Lubie te wody, w mientkich butelkach, bo możesz iść na wojnę wsioków i używać takiej butelki jako broni jednorencznej przeciwko sztachetom – masz pewność, że nikogo nie zabijesz, hehe. Czułem się jak w domu, bo zawsze pijam takie wody z segmętu premium typu Dobrawa. Za bramą dopatrzyłem sąsiada Agi, który z daleka wydawał być się rudy jak Rufus. „Takiemu to bym nie załufał, hehe” – szepnąłem do Michasia. Urządziliśmy podśmiechujki. Marcin długo przetwarzał, dochodząc wreszcie do wniosku, że to była taka czapka tylko.Rżałem jak kobyła i dostałem od tego pszepukliny. Do dziś nie wiem, czy somsiad faktycznie z lisem sie na łby pozamieniał, czy może mieszał bigos głową, choć tak naprawdę jest łysy, hehe. A czemu jest łysy? Ogolił się, bo na pewno był rudy, hehe. Dobrze, zostawmy już ten spur daltonistów. W końcu zrobiło się ciemno i niedługo musieliśmy już opuszczać Aguś i jej chatkę. Wtem moim oczom ukazała się Patrycja, zwana Kunegundą. Ma rację dziewczyna, po rodzinie nic nie zginie, hehe. Siostry ksero, hehe.Widziałem ją pierwszy raz na oczy, chociaż od razu poznałem. W przeszłości obczajałem ją na fejsie bo lubię czasem popatrzeć w jakich kto butach chodzi, hehe. A tak naprawdę, po ostatnich zmianach, wyświetlają mi się wszędzie zdjęcia „znajomych znajomych znajomych użytkownika XXX, ktury jest znajomym twojego znajomego, hehe”. W dodatku, dostałem solidne propsy od niej, za komentarze, o czym już wspominałem, więc musiałem sprawdzić, czy to ona, czy może jaka inna Patrycja, co studia skończyła i myje gary w Sztokcholmie, ale ma tak samo na imię i nazwisko, hehe. Postała, pogadała i poszła, bo w domu kakało stygło jak dąmniemam, hehe. Na nas też już przyszedł czas, bo ostre światło z lamp solarnyh wypalało nam spojuwki. Jeszcze tylko zjedliśmy kilka cukierkuw, a zuhwały Marcin spytał tylko czy mu jeszcze wyniesie z jednego, bo choduje pruchnice, hehe. Złożyliśmy też dziewczynie chuśtawkę. Jak tak patrzyłem na tę konstrukcję z rurek, to se pomyślałem, że wykonałbym kilka cieńć brzeszczotem trochę posklejał taśmo i byłyby z tego dwa fotele i stuł jak znalaz, hehe. Pożegnaliśmy się już z Agą, co z niej gospodarz lepszy od gurala i pojechaliśmy do domów. Było to dla mnie kolejne pienkne wspomnienie z wakacji, hehe.

Wybór studiuw był dla mnie cienżką decyzją. Od małego, kiedy jeszcze topiłem się w wannie marzyłem o tym, żeby zostać studentem radomskiej polibudy. Wypełniłem formularz dostępny na stronie. Nawet zdjęcie przyciołem jak Bóg nakazał, hehe. Donat zawsze musi coś zepsuć, więc zrobił mnie czerwoną mordą. Wyglądałem jak wódz plemienia indiańskiego. Próbowałem to sobie poprawić, ale kolejne próby tylko coraz poważniej przekształcały mojom facjatę w pyza, hehe.”Pies to srał”, pomyślałem wulgarnie, przez co mam gżech, hehe. Wysłałem im takie, jakie miałem ale pewnie i tak posikały się z wrażenia. Pytacie jakie studia wybrał wasz idol, hehe. Nie, to nie było bajkopisarstwo hehe, chociaż coś ruwnie oryginalnego – mechanika i budowa maszyn. Skusiłem się na te stódia, bo podobno można było w przyszłości podjońć pracę z samochodami, czyli jednym słowem zostać pomocnikiem blaharza do klepania bitych wozuw, hehe. Wydrukowałem polecenie przelewu na czarno bo jestem niezłym łobuzem a potem poszedłem opłacić swojom przyszłość w Monetii. Pech chciał że mieli tam wszelakie loterie i zdrapki – szczęśliwe jajka, jasie fasola, rybki, żabki, koniki i inne guwno dla frajerów, którzy nic nie robią w życiu tylko skrobią z nadzieją że dorobią się milionów. Gruba Janina stemplowała i wpisywała coś do komputera. Mogłem wziąć ze sobą cymbałki i podzwonić jej, bo traktowała mnie jak powietsze. Czytałem wszystko co było do czytania. „Przy stanowisku może znajdować się tylko jedna osoba”. Jupi, spełniałem wszystkie warunki, hehe. Nagle do siedziby wpada gruby, łysy, spocony dziadek z wywalonym bembnem, rzuca na stół miedziaki i charczy: „panii puścić mi lotka”. Jestem społeczniakiem, więc od razu przypomniałem sobie zasady, które ten gość ewidętnie złamał. Potem przyszło jeszcze czterech, ze swoimi szansami na miliony. Zagęszczenie chamów było już za duże i na mojej twarzy pojawiła się mina zabujcy, której nauczył mnie Rufi. Króliczek monetii wiedział jusz, że nie ma żartów. Dałem jej druk i wklepała co trzeba. Zostało mi trochę ożełków w kielni, więc poszedłem do chaty smaku, czyli osiedlowego sklepu – speluny, gdzie smaku tyle co cipsów w dużej paczce lejsów, hehe. Chciałem zaszaleć więc spytałem „po ile ten tymbark”. Dawno nie usłyszałem czegoś, co zwaliło mnie z nug. Ale teraz mnie zagieli. Pieńć złoty. No chyba im się poprzewracało w dupah i narobiło huku. Wszystkie moje oszczendności? Wziąłem wodę, tym razem nie będę żył jak chrabia, hehe.

Wkrutce Michał powiedział, że nie to, że we mnie nie wieży, ale nie dam rady na moich wymarzonych studiach. Przyjołem to na klate, ale w domu miałem już cienszko w majtkach, hehe. Żeby lepiej przybliżyć sobie harakterystykę studiuw zacząłem czytać komentarze na kilku serwisach internetowych.

Kandydat na ten kierunek powinien interesować się fizyką i matematyką, a także posiadać uzdolnienia techniczne

Tak, niewontpliwie, interesuję się matematyką, hehe. Jak sobie obliczam ile mam miedziakuw w kieszeni na dupie. Fizykę uwielbiam wrencz, noc i dzień pykam zadanka ze zbioru. W wektrze nie działa prendkościomierz, ale to nic, bo jak jadę to wyliczam sobie ile popierdzielam wykorzystujonc wzory na prendkość, uwzględniając opur powietrza oraz tarcie, hehe. Zainteresowania techniczne? Ano układało sie to lego, hehe. Kiedyś też rozkrenciłem na części samochodzik zabawkę. Fakt, po złożeniu zostało mi kilka elementów, ale działało, więc no problemo, hehe.

Najbardziej przestraszyłem się rysunków technicznych bo tam jak narysujesz kreske milimetr za długom, to wykopują Cię na kopach ze studiów i możesz zająć się uprawą arbuzuw, hehe. W głowie miałem już mentlik, więc podjąłem decyzję o zmianie kierunku. Jednak chciałem skończyć coś mechanicznego i w przyszłości robić sobie zdjencia z kluczem francóskim, więc zostałem na wydziale. Energetyka? Nie, dzienkuje, hehe. Przy latarniach zawsze stoją panny, więc ten zawód chyba nie potrzebuje nowych specuw, hehe. Poza tym, kopnoł by mnie prąd, a ja nie mógłbym mu oddać, więc wolałem nie pakować się w te kable i gniazdka, chociaż z drugiej strony jako człowiek, ktury ma wiecznom fazę, nadaję się na elektryka. *ba dum tss*, hehe. Ostatecznie ten pomysł rzuciłem w mandziec i wybrałem dużo lepszom logistykę. To nic, że później okazało się, że moi kochani przyjaciele ruwnież dokonali takiego wyboru. W przyszłości razem będziemy logistycznie wlewać gaz na benzynowych stacjach. W końcu razem raźniej, hehe. Żeby zmienić kierunek a kasę zachować musiałem się sporo napocić.Dzwoniłem do niejakiej pani Jakubiak, której jeszcze nie znam a już nie lubię, hehe. Zrobiłem jak kazała, zalogowałem się jeszcze raz. Powinienem założyć im sprawę w sądzie, żebym potem wystepmował u Anny Mari Wesołoskiej, hehe. Straty moralne jakie poniosłem szacuję na jakieś osiemnaście złoty, hehe. Kiedy już każdy się dostał na oxford, harward czy na inne apeesy, ja ciągle byłem tylko durnym maturzystom i nawet na fejsie nie mogłem sobie w szkołach wpisać „polibuda radomska”. Zadzwoniłem do nich, wcześniej czatując z laskami z informacji. No klenkajcie narody. Tyle ceregieli, żeby tylko przerzucić mnie jak wengiel widłami na inny kierunek. No kto to widział, hehe. Kazali mi skanować druczek, podawać dane, numer telefonu. Myślałem że zaras wyjdę z siebie i stane obok, hehe. Zacząłem sie już nawet zastanawiać, bo może ona prowadziła ”złote myśli” i jej to było potszebne, hehe. W każdym razie wyzwanie zostało zaliczone. Teraz zostało tylko zanieść wszelkie kwity i wyciongi do ich siedziby co miałem zamiar uczynić w przyszłości. Trzymałem ich w niepewności. Do końca nie wiedzieli czy na pewno zostanę ich studętem, hehe. Byłaby to wienksza strata dla tej uczelni niż śmierć Kim Ciong Ila dla koreańczykuw, hehe.

Moja kierownica miała jednak pewną ułomność, którą zauważyłem przy grze w pacmana. Kołem obracało się cienżej niż w Jelczu – wywrotce z siedemdziesiontego dziewiontego. Na forach wyczytałem, że brakuje mi zasilacza. W domu miałem tylko ruskie z gwiazdą na 220 wolt, hehe. Widać było, że nie pochodzą z tego tysionclecia. Musiałem znaleźć w naszym pienknym mieście sklep, który by mi z chęcią sprzedał jakiś pasujoncy. Pojechałem na żeromę, gdzie cygany w fontannah dupę myją. Jechałem dziesiontką, w której śmierdziało chamstwem, hehe. Wyskoczyłem gdzieś w okolicach 25 czerwca. Łzy same pocisnęły mi się do oczu. Spędziłem tam dwa lata swojego życia. Kamienica, schody z drewna, kibel na koryatrzu i wonchanie kloca po sąsiedzie, hehe – żyć nie umierać. Nie czas był na smutki i żale, więc od razu udałem się w kierunku sklepu. Rzadko bywam w tej prestiżowej części Radomia, gdzie nawet bogacze chodzą w łachmanach, więc spogląłem na lewo i prawo, jak chińczycy w poszukiwaniu bezpańskich psów, hehe. W końcu dotarłem do sklepu. Spytałem ekspedientki czy w tym sklepie mają zasilacz, hehe. To pytanie pochodziło z tych inteligętniejszych. Myślałem że mi odpowie „Niestety, to piekarnia, idioto. Są tutaj same rogale, a na zapleczu jagodzianki z truskawkami -_-”. Była jednak twardym zawodnikiem i tylko powiedziała, że a i owszem, mają, tylko same mocne. To dzienki. Słaby zasilacz – do słabego sprzętu mi jest potrzebny, hehe. Wyszedłem. Miałem ochotę kopnońć się z lołkika w plecy, bo tylko zrobiłem sobie niepotrzebną wycieczkę miastoznawczą. Ale nie ma tego złego. W portfelu uśmiechała się do mnie moja prawie platynowa karta Alior. To dobry dzień, by zgarnonć stuwke mój synu, hehe. Przeszedłem żeromo w duł. Zacząłem swój zakupowy szał, hehe. wystarczyło, że zrobię trzy tranzakcje kartą. W rosmanie szukałem najtańszego produkt, bo na koncie miałem legendarne pienć złoty, hehe. Przechodziłem trzy razy wokół tych samych regałuw, że z ludźmi którzy tam stali i porównywali zapachy płynów do higieny intymnej albo szukali tańszego niż „familijny” szamponu mogłem się już witać piąteczką, hehe. W końcu znalazłem coś odpowiedniego dla mnie. Mydło dla dzieci bambino za złoty siedmedziesiont dziewienć. Pamiętam jak mama myła mi takim dupsko tuż po tym jak zejszczałem się w pory że ażtetra przesionkła, hehe. W tych czasach co prawda nie szczam już po rajtuzach, ale pomyślałem że będzie dobre do mycia mordy, hehe. Już szedłem do kasy, już witałem się z gonskom kasjerkom, ale znalazłem tańszego czterdzieści groszy knopersa. Mydło odniosłem, a wziełem tego czekoladowego wafla. Oczywiście zapłaciłem kartą, hehe. Pierwszą transakcję tradycyjnie z wklepywaniem pinu – bałem się o bespieczeństwo moich oszczendności, hehe. Szedłem dalej i myślałem komu jeszcze przytruć dupsko z zapłatą kartom za produkt, na który nawet dziecko stać, hehe. Jeszcze raz wpadłem do Rośmana, szeleszczonc w zembach resztkami knopersa. Tym razem kupiłem nałęczowianke. 1,79 – hehe, a co mi tam stać mnie. Zapłaciłem pajpasem. Niestety ekspedientka była bardzo niemiła. Oj bardzo. Zabrała mi mojom karte chociaż powinna podać mi czytnik, nawet jakby miała go wyrwać z kablami, hehe. To ja powinienem sobie zbliżyć. W każdym razie było już zapłacone. Spytała tylko, czy wydrukować potfierdzenie, czy już nie muszę zdawać mamie raportu na co ile wydałem, hehe. Miałem w oczach szatana,  za tą pszykrość, kturom mi sprawiła.HA, drukuj łajzo, hehe” – pomyślałem. Kolejnym przystankiem była Rzabka. Bardzo przyjazny sklep, a jaki prestirzowy, hehe. Miałem w ręku wodę od kąkurencji więc wypiłem ją jak browar na mistrzostwach świata w piciu piwa, hehe. W sklepie miałem niezły dylemat co kupić, ale jak szaleć to szaleć wienc kupiłem korsaże kokosowe o smaku czekoladowym za dziewienćdziesiot dziewienć groszy, hehe. Czekając na swojego mana ( nie pomyślcie że jestem gejem, tak pedalsko nazywa się autobus, hehe ) żułem i gryzłem czekoladowe kulki, wyglądające podobnie do kupy domowego krulika.

Wybaczcie to zdjencie tak apropos krulikuw – wygrzebane z głębi dupy  ( chociaż może takie określenie nie jest teraz stosowne, hehe ) ale będziecie mondrzejsi wraz z kolejną ciekawostką, hehe. Daj buziaka króliczkowi. Ciągle jednak dziwi mnie, czemu te uszatki nie jedzom bobków. Przecież bobki som najlepsze, hehe. Potwierdzone info.

Szykowaliśmy dla Kingi przyjencie niespodziankę, hehe. Przyjencia niespodzianki, mają to do siebie, że zawsze jubilat wie o nich wszystko i to lepiej niż organizatorzy, hehe. Żaneta, uknuła plan, bo niezła z niej wiedźma i jest dobra w takih spiskach, hehe. Ja oczywiście planu nie znałem ale wiedziałem że ma po mnie przyjechać Ślepy i spułka. Ubrałem się jak na grzyby. Moja najbardziej odświentna rzecz, którą wtedy posiadałem przy sobie to chyba amalgamaty w zembach, hehe. Niedaleko domu stał Kamil. Poznałem jego samochud po dużym łupaniu. Czułem jak od tych chamskich wstrzonsów herbata z obiadu robi mi w rzołondku falę tsunami. W samochodzie oprócz kretyńskiego duetu K&M była również Marta, która trzymała na kolanach czekoladowe ciasto Marcina. Zachowali się jakby byli moimi opiekunami z klubu anonimowyh alkoholikuw, bo nie kupili mi ani jednego piwa.W Lidlu se kupisz”. Chłopcze, o czym ty do mnie muwisz. W lidlu, to ja se mogę kupić ciasteczka albo kefir. Browary sie kupuje w Aldim, hehe. W końcu dałem się namówić na tę lichą chmielną zupę i w Lidlu kupiłem dwa budwajzery. Zwykle pijam piwa niedroższe niż złoty czterdzieści, a za to musiałem dać trzy złote. Skandal, hehe. Ale była okazja, można było sobie żłopnąć rojal bira, hehe. Tym magnatom się w dupach poprzewracało, bo kupili sok w kartonie, za sześć zeta. Coś takiego to aż rzal pić. Już lepiej rozcieńczyć żeby starczyło na dłurzej, hehe. Dalsza podróż przebiegała już raczej spokojnie. Zastanawiałem się co by było, gdybyśmy mieli wypadek. Marta przyjęłaby na klatę całe ciasto. Wyobraźcie sobie, że policjant spisuje protokuł a ona cała paszcza w czekoladzie, dobre nie? hehe. Dzwoniła do mnie potem jakaś klijentka i mi wjeżdża z tematem, że praca jest. Fajnie, super, ciesze sie, ale co bende robił? A ona do mnie z tekstem, że telefony sprzedawał. Taaa, paaaaani w dupe se wsadź, hehe. I co jeszcze, może do tego stacjonarne z numerową tarczom? Odrzuciłem małpe, nie będę ludziom wciskał kitu uszami. W tej chwili liczyły się dla mnie tylko dwa piwka turlające się na bżuchach między moimi nogami w Lagunie. Na miejscu okazało się, że będzie to gruba bibka w garażu na citroena, hehe. Michaś biegał tu i tam z gwoździami w zembach. Był tam też Jurek, co lubi żurek, hehe oraz Bartuś. Ten ostatni w swojej kamizelce wyglondał jak bilardzista albo parkingowy, hehe. Musieliśmy dużo dmuchać tego popołudnia. Tyle balonuw nie widziałem nawet na kinderbalu, ani w Plejboju, hehe. Dodatkowo mieliśmy czapki – stożki,­ rodem zajumane z pracowni matematycznej jakiegoś gimnazjum oraz urodzinowe piszczałki, do kturych więcej się napluło niż wypiszczało, hehe. Wszystko musiało być dopiente na ostatni guzik, więc Michaś zatrudnił puł swojej rodziny w charakterze niewolnikuw. Mama robiła jedno, siostra drugie i bibka gotowa, hehe. Jeszcze tylko wystarczyło przybić kilka balonuw i szalony urodzinowy napis na który poszły na oko ze dwa papiery kolorowe, hehe. Sprzętem grajoncym w postaci laptopa zajoł się didżej Blondi. Moja rola tam, polegała na trzymaniu kabla, do czego zresztą najlepiej się nadaję. Goronce niczym piasek w iglo dziewczyny miały być lada momęt, więc ubraliśmy kretyńskie akcesoria urodzinowe i zaczęliśmy przygotowywać tort, hehe. Wiatr hulał i zgasił wszystkie świeczki na torcie. Ej wiatrze, a pomyślałeś chociasz życzenie? hehe. Kinga szła, jakby miała kamień w butach, prowadzona przez Żanette. Moim zadaniem było robienie zdjeńć. Owszem, zrobiłem kilka, może z pieńć, ale zaraz po tym jak solenizantke przepasali szarfą i zaśpiewali sto lat, wyłonczyłem go i niestety teraz nie mogę załorzyć na fejsie strony Ardjan Photography, hehe. Wszystko przez ten alkohol, hehe. Rzuciłem się na szampana, bo już mi zaschło w paszczy. Jedliśmy, gadaliśmy – pewnie macie deżawi z baletu u Jurka, hehe. Kinga coś tam mówiła pod nosem, że cieszy się, że jestem, to miłe, ale mi to uchodziło pomimo uszu, bo właśnie jadłem chamburgera z chlebem, keczapem i ogórkiem, hehe. Na stole pojawiła się wudka i poszło rozlanie. Nie mogłem pozwolić, żeby tak pili sami we trzech, hehe. Dziabnąłem sobie kielicha, tak na krążenie. Towarzyszył nam też brat Michałka, ze swoją dziewczyną, Lolą. Bardzo ładne imię, hehe. Ciekawe kiedy ma imieniny. Pewnie 29 lutego, hehe. Impreza rozwijała się w najlepsze, wprost proporcjonalnie do stopnia upicia lewej czenści stołu i najedzenia czenści prawej. Jadłem co się dało, a nawet chciałem pchać w kieszenie, bo w końcu płaciłem za to, hehe. Jak zwykle zmieniłem miejsce, jakbym miał chemoroidy. Pomysłowi ludzie otworzyli mi moje piwko drugim piwkiem. Osobiście preferuję otwieranie piłą łańcuchową, ale cuż poradzić – nie zawsze jest pod renkom, hehe. Płukając nerki rozmawiałem z Michałem o jego kobiecie, hehe. Mówił że niestety, sprzęgło nie działa, bo się zepsuło. Miałem wyrzuty sumienia, bo przecież pamientacie, jak przypaliłem nią laczki na piachu, że aż piszczał i czułem się wspułwinny tej awarii. Bartosz przywiózł swojego lachona. Zgodnie z zasadami sawła wiw podałem jej renke jakby ta była śniętom rybą ( czytaj: zdechłom ), hehe. Zastygłem w tej pozycji, jakbym tańczył boogie tuż przed wejściem do zamrażarnika a ona przywitała się buziaczkiem. Huhu, to było takie słodkie, że tydzień po tym zdażeniu nie używałem cukru i nie jadłem miodu, hehe. Kontynuowaliśmy z Marcinem rozmowy o rodzajach kupy. Według niego, dobra kupa kształem przypomina chałkę, hehe. Było to dla mnie kolejne dobre przeżycie, bo nigdy w życiu nie zastanawiałem się jaki kształt ma kupa. Dzienki kolego, odmieniłeś moje życie, hehe. Zaczęło się ściemniać, a Jurek odstawiał rybne tarło macając każdego bżuchem. Wszystkim rzuciłem suchara: jak nazywa sie fajny telefon? – kólfon, hehe. Ogurek z tego śmiechu prawie wyrzygał płuca. Przy stole wkrutce zostały tylko pary wieczoru czyli Bartuś z Klałdiom i ja z Marcinkiem, hehe. Przysiadliśmy się do gołombków i wykorzystując bezpańskom wódke, wypiliśmy kolejkę. A potem jeszcze jedną, na drugom nóżke, tym razem z Konradem. Nagle ni stond ni z owond wpadł Ślepy, który narobił nam bonanzy, o to że wypiliśmy cały trunek. Czułem się źle, jak złotowłosa, która opierdzieliła misiom owsiankę a potem jeszcze przycięła komara w ich koju, hehe. Po paru siarczystych epitetach, Kamil okazał się być dobrym kolegą, bo mimo wszystko darował nam ognistą na zdrowie, hehe. Tego jednak było za wiele. Nie wiem dokładnie czy przeteleportował się do bazy czy wrócił z buta – faktem jest że więcej go już nie widzieliśmy, hehe. Jak na każdym balecie, nie zabrakło karaoke Dżemu – „Do kołyski”. Dołonczyliśmy się z Jurkiem, bo miałem w telefonie tekst utworu. Po dwóch piwach byłem już wrakiem człowieka, ale wypiszczałem ten przebój imprez, hehe. Niedługo potem był już na nas czas, wyjątkowo wcześnie skończył się ten iwent bo o pierwszej w nocy starałem się już założyć pirzame w nadziei, że dziura na głowę koszuli to nogawka, hehe.

Musiałem w końcu wziońć się za te wszystkie dokumenty żaczka, więc bawiłem się w technicolor w domu, drukując wszystko co znalazłem pod renkom. Papierów na uczelnie było więcej niż wnioskuw w bidzie urzendzie pracy, hehe. Pisałem, deklarowałem, załonczałem czekając na ślepego, który zaraz miał po mnie być, ale pszechodził misje w San Andreas, hehe. W tym czasie zaczaiłem się w księgarni dwie teczki na gumkę bo jestem kąsekwentny i wionzać to ja mogę sandały co najwyżej rzemykiem, hehe. Dwa złote, świat stanoł na głowie. Ale kupiłem, bo moja z Alwinem i wiewiurkami niezbyt nadawała się na złożenie w niej dokumentuw. Ślepy stanął Lagunom na żwirku i zablokował mi wjazd. Powinien dostać za to cztery lepy, ale już nie chciałem być agresywny, hehe. Co wiencej, zasponsorowałem mu teczkę z gumką, dzięki której odnalazł z pewnością sęs życia. Poszliśmy jeszcze skserować moje papiery. Nie bardzo wiedziałem czego ksero jest potrzebne, więc za poleceniem kolegi kserowałem co mogłem, hehe. Ostatecznie miałem nawet ksero ksera ksera odpisu i mogliśmy ruszać dalej. Ślepy brał łuki jakby jechał po nich bobslejem. Trochę szarpał sprzengłem, ale jest to normalne i oczywiste w supersamohodzie wyścigowym, jakim jest niewontpliwie Laga, hehe. Na światłach zjechał w kimę na szczałce więc obudził go donośny klakson jakiegoś buraka z tyłu. Niedługo potem znaleźliśmy się u Donka. Chłopak jeszcze widać obrażony na fryzjera, hehe. Zrobił nam dowodowe zdjencia z nie tym uchem i jeszcze pyta besczel po co przyszliśmy. „Fotke z ronczki sobie zrobić barani flaku jeden hehe” – już wyrywałem się do odpowiedzi. Musiałem wszystko tłumaczyć od poczontku, że zdjęcia do dokumentuw nie robi się z prawego profilu, bo coś takiego to ja mogę co najwyrzej wzionć i wkleić do albumu z pokemonami albo piłkarskiego, na miejsce Tytonia, hehe. Donat ( ps. ponczek z dziurkom, hehe ) spytał nas co nam się podobało w szkole, a potem uaktywniło mu się rozdwojenie jaźni i sam sobie odpowiedział, że szafki, chociaż ja miałem powiedzieć że kanapka, hehe. „Można trzymać proszek”. Tak, do prania chyba, pajacu, hehe – powiedziałem, że lepiej chować tam płyny, chociaż sam zwykle trzymałem w szafce bród, smrut i ubustwo, hehe.. Żona wycinała coś na kształt kebabu w bułce, ale w porę zorientowałem się że to dziecko owiniente w kocyk, hehe. I dobrze, bo popełnił bym nietakt jak Aga, która pochwaliła zdjęcie ze ślubu, chociaż pochodziło z komuni, hehe. Czekaliśmy aż drukarka wyrzyga nam nasze mordy podziwiając niesamowite zdolności graficzne fotografuw na poziomie gimbusa rysujoncego laurki w paincie, hehe. Jak już wszystko mieliśmy ruszyliśmy dalej na podbuj radomskiego chartwardu, hehe. Zauważyłem że w Lagunie świeci się kątrolka „service”. Odetchnołem z ulgom, bo co to by była za Laguna, gdyby ta kontrolka nie paliła się, hehe. Wodziliśmy wzrokiem za jakimś wjazdem na wydział, ale ślepy głupi a ja głupszy i tak nie wiedzieliśmy co poczonć, hehe. W końcu znaleźliśmy skręti już mieliśmy wjechać, ale zakaz ruchu w obu kierunkach dał mi tak po gałach, że krzyknołem na Kamila niczym Żaneta podczas okresu, hehe. Jak już zaparkował dwie dzielnice dalej, mogliśmy dalej zrobić sobię wycieczkę z buta. Była środa. Pod znakiem umieszczono tablicę informacyjnom, na której było napisane coś w rodzaju:

Obowiązuje w czwartki i soboty.

Nie dotyczy interesantów i gości Politechniki Radomskiej.

Zaszliśmy oczywiście od dupy strony. Spytaliśmy ochroniarza kturendy i pokierował nas 100 metrów w gure ulicy. Poszliśmy, wcześniej jarając się ałtomatem na batony, hehe. Zaczęliśmy latać w gurę i w duł bo ślepy pomieszał wszystko jak ważywa w leczo, hehe. W końcu znaleźliśmy. Bardzo trudno było zauważyć dwumetrowy stojący baner z napisem „Rekrutacja. Nawet Stiwi Łonder by tam trafił, ale dla nas to był za cienszki czelendż, hehe. Na placu były miejsca parkingowe. Od fejspalmów miałem już sine czoło. W środku spotkaliśmy kilku szczenśliwców, takich jak my. Jeden nawet powiedział nam „siema”, chociaż widziałem go pierwszy raz w życiu a ślepy nawet nie wiedział co się dzieje, hehe. Tłumaczyłem mu, że ma podpisać teczke, a jak nie ma swojej to mu maniura da. Drugi zażartował, że jeszcze go nie zna, a już chce mu dać. Hehe, dawno nie słyszałem takiego dobrego dżołku. Jak mi się potem przypomniał w domu i powiedziałem rodzicom w nocy, pobudzili śmiechem puł bloku, a druga połowa przychodziła, żebym im opowiedział jeszcze raz. Złożyliśmy dokumęty, a świadectwo nam oddali. Teraz już wiem, że może mi ono posłurzyć jako awaryjny papier toaletowy, hehe. Wróciliśmy do domu, uśmiechnięci, że będziemy mieć nowych koleguw z Pionek i Przytyka. Z tych ostatnih jestem najbardziej dumny, hehe. Uprzejmy Kamil wysadził mnie w pobliskich krzakach i musiałem urządzić sobie maraton do domu. Tam w nagrodę zjadłem dwa chomogenizowane serki i przegrzyzłem parówką, hehe.

Wysłałem tyle mejli w sprawie pracy, że już wielu pracodawcuw ma mnie w skrzynce spamu, hehe. Probowałem dostać się do każdej branży, bo jak wiecie jestem rekinem biznesu, wszechstronnie uzdolnionym zresztą, hehe. Pewnego dnia, kiedy drapałem się po sutach zadzwoniła do mnie jakiś ciul z nieznanego numeru, ale nie odebrałem bo właśnie drapałem kable z gumy na złom, hehe. Potem zadzwonił jeszcze ras i jeszcze raz. W końcu odebrałem a tu całkiem miła babeczka nawija mi, że robota jest i jestem wybrańcem jak neo z matriksa, hehe. Biały bus miał podjechać nazajutsz a w nim buraki ze Wsoli kandydaci do pracy w Technicolorze. Z radości omal nie klasnąłem dupą. No cuż, ubrałem się jak na rozmowę kwalifikacyjnom przystało – w krótkie spodenki i koszulkę i wybrałem się pod dworzec, hehe. Czekałem na busa, ale niestety na przystanku przystawały tylko wsiobusy i jeden mercedes – chłodnia przystosowany do przewozu prosiaków do rzeźni, hehe. Z ciekawości spytałem, gdzie świnki jadą. „Do piaseczna, technikolor, hehe”. Jezusieńsku świebodziński, hehe. To była moja taksa. Bałem się spojrzeć w twasz rywalom, więc skoczyłem jak spajdermen na siedzenie w drugim rzędzie. Bateria w moim szmelcungu wytrzymuje niż zwionzki miłosne gimbusuw na fejsie, ale niestety tym razem nie podołała i byłem zmuszony przestać słuchać klasycznej muzyki didżeja hejzela, a zacząć słuchać gangu silnika rozdupconego Mercedesa Sprintera. Kierowca jechał tak szybko, że myślałem że zaras przeniesiemy sie w czasie, hehe. To nie kabriolet ale i tak było czuć wiatr we włosach, bo wszystkie szyby w tym busie było otwarte na oścież. Zimny łokieć przy stówce, to jest to, hehe. Samochód trzeszczał, stukał, pukał i charczał jakby poszczególne czenśći powiązali linką i pokleili taśmą, hehe. Niedługo potem znaleźliśmy się w Piasecznie, gdzie mieści się skromna siedziba firmy na jakieś dwa chektary. Mają rozmachhehe. To był dobry czas aby dokonać szczegółowej analizy oponentów pod względem predyspozycji fizycznych do wykonywania zawodu, czyli w skrócie poopczajać sobie mordy, hehe. Miałem w grupie sześć osób. Pierwsza kobieta wyglądała jak bubr przed obgryzaniem tamy, hehe. Na jej zęby musiała działać duża siła odśrodkowa, bo wystawały poza obrys. Jej koleżanka miała na ręce tatuaż tribal i wyglądała jakby mieszkała na rwańskiej a jej chłopak miał trzy zażuty w rejonowym sondzie, hehe. Najstarszy menżczyzna nosił torbę, prawie jak tinky winky i co chwila puszczał dymka. Był niejakim skrzyrzowaniem ( bardzo ale to bardzo nieudanym zresztom hehe ) Krzysztofa Ibisza i  Dżona Trawolty. Jego kolega to typowy jajogłowiec i w dodatku prawie rudy – przypominał Henia od miensnego jeża, hehe. Był tam jeszcze młody chłopak, odstawiony jak na poprawiny, hehe. Wyglądał na nieudacznika, co wkrótce potwierdził swoimi słowami – był studentem politechniki radomskiej, hehe. Hitem byli dwaj ostatni kandydaci. Pierwszego nawet się bałem, bo był niemal łysy i stszelał minki, jakby miał ochotę komuś dziabnońć z głuwki, hehe. Jego ciało było wygięte jakby miał platfusa, kifozę, lordozę i inne ułomności. Trzymał ręce na przemian w kieszeniach i wzdłuż ciała, jakby były to tylko protezy, hehe. Trzymał się w odległości 10 metrów od grupy, zupełnie jakby wychował się z wilkami i bał się ludzi. MIał na sobie koszulę większa o dwa rozmiary, o tacie, hehe. Myślałem, że nie umie mówić, ale udowodnił mi potem, że bardzo się mylę, hehe. Pojawił się jeszcze jeden gość, ale on pozamiatał system, hehe. Na dworze piekarnik, dziadki chodzą z bembnem na wierzchu, a ten odwalił się w kompletny gajerek, hehe. I to jeszcze taki gejowski, chyba go Jacyków ubierał, hehe.

Żeby dostać się do tak ekskluzywnej niczym szare mydło biały jeleń, koloru żółtego, firmy, musieliśmy dostać kartę gościa. Był to pedalski indętyfikator, przystawiany do bramek, które się otwierały jak miałeś zamiar wejść lub wyjść ( ja jednak polecałbym raczej wyhodzenie, hehe ). Niektórzy przyjaciele bezrobotni chyba byli bardzo dumni z tego, że mają identyfikator, bo poprzypinali sobie je do koszul, a pani tribal, chyba poczuła się jak agentka si-ja-jej bo przypieła go do kieszeni spodni, hehe. Musieliśmy czekać prawie godzinę, że powoli zaczynałem już zapuszczać korzenie. Zaczęły przyjeżdżać autokary z murzynami do pracy. Wysiadło z nich tyle lansuw, że myślałem ze kochanoski ma wycieczkę szkolną, hehe. Waliło od nich bananem. Każdy mnie obczajał, jakbym miał na plecach napis „kopnij mnie”, hehe.W końcu, kiedy bydło przeszło przez bramki, i my mogliśmy to zrobić. Na rozmowie kwalifikacyjnej byliśmy wszyscy naraz. Pani agentka z tribalem odpadła już w rozgrzewce,i bo miała paragraf a takich tam nie chcieli, hehe. My mieliśmy powiedzieć coś o sobie. Trawolta pofaflunił się, że robił na wtryskarkach i umie jeździć wózkiem, a pakowaczem nie chce być, bo przecież on jest inteligętem po ośmiu szkołach z czterema dyplomami i nie chce wyjść na idiotę w takiej pracy, hehe. Pani Bóbr żaliła się, że już tu kiedyś pracowała, a teraz skleja meble, ale chcą ją wywalić, bo obgryzła sosnową szafę, hehe. Memeja w końcu przemówiła. Pracował w cholandji ale więcej palił niż robił i go wywalili, a potem skończyła mu się wiza i wrócił robić w szklarniach. Jego celem było chyba zatrudnienie u okna bo utrzymywał z nim ciongły wzrokowy kontakt, hehe. Potem poprosili o kilka słów na temat mojej osoby. Przerwała mi ta łajza jak zdążyłem tylko powiedzieć, że nie szukam stałej pracy, a nindżą nie jestem i na studia się wybieram.Przykro nam, ale nie szukamy na zlecenie, samo szkolenie trwa miesionc, nawet na pakownię”. Wtedy w dupie mi się zagotowało, ale nie chciałem wchodzić jusz z polemikę z tą laską, tylko obserwowałem jej loczki, na moje oko gofrownicą robione, hehe. Ostatni był elegancik. Siedział obok mnie. Zaczoł muwić, a ja odsunąłem się. Student Politechniki Wrocławskiej. Pedał jakiś, hehe. Jego barwa głosu przypominała dźwięk bzykającej pszczoły odklejonej od lepu na muchy. Panienki nas opuściły, a potem ogłosiły uroczyście, że memeji i temu co wybrał radomski chartward serdecznie dzienkują, a ja to conajwyżej umowa zlecenie. „Skontaktujemy się z panem”. Ta, jasne, żebym ja się z wami nie skontaktował. Tylko dzwońcie po kolegów, będzie wam raźniej uciekać, hehe.

Potem już tylko czekała nas skromna godzinka czekania na powrót. Siedziałem na białych sofach, a na ławie dla krasnali leżała książka „Glorius technicolor”. „Chyba fucking” – pomyślałem, hehe. Nie zaglębiałem się w jej lekturę, tylko przejrzałem obrazki. Jak już mogliśmy wyjechać z tego getta dla murzynuw, wyskoczyłem radośnie jak Alicja w krainie czaruw. Szybka macanka dupy dała mi do zrozumienia, że szmelcung wypadł gdzieś po drodze. Zostawiłem go jak niechciane dziecko na sofach. Prosiłem ochroniarzy, żeby mi oddali, ale dostać się tam spowrotem, to misja cienższa niż dla Mojżesza i żydów czerwone morze przejść, hehe. W końcu wszedłem z jakimś dziadkiem, z wyglądu trochę jak chałabała, hehe. Pani ochroniarz, która ważyła na oko tyle co ćwiartka maciory trzymała moją żabkę i nie chciała oddać wienc miałem już połamać jej kolana i rzucić przez biodro, ale sporządziliśmy kilka świstków i w końcu dostałem go do renki, hehe. W drodze powrotnej kierowca rzucił kilka niemiłych słuw do użytkowników drug, hehe. „jak jeździsz @$@#, #@%*& taczkom jeździć a nie samohodem!”, „czego sie oćpałaś @$()@# jedna!” Najbardziej podobało mi się kiedy wygłosił monolog o kierowcach co jeżdżom jak wariaci, hehe. No tak, a on sam skromne sto dwajścia, hehe. Czułem jak z tego goronca skwierczą mi plecy, ale na szczęście niedługo potem byłem już w domu i znów mogłem się poopierdzielać, jak za starych dobrych czasuw, hehe.

Z łezką w oku i słonecznikiem w dzionsłach, stwierdzam, że zbliżamy się do końca. Ale co to za wpis, w kturym nie ma pozdrowień, hehe.

Pozdrawiam kolejny jusz raas…. tururururu, hehe… Agę! Polubiłem ją, jak chleb z serem i keczapem, bo jest dobrym dzieckiem, hehe. Jako jedna z tszech osub, wiedziała że zamierzam pisać. Jej komentarze były dla mnie jak paliwo do zapierdzielania na klawiaturce i tworzenia tej krutkiej relacji, hehe. Poza tym jest zagorzałą fankom moich wpisów, więc jest mi tymbardziej miło. Ciepło na sercu się robi jak człowiek o tym myśli, hehe. Jak będę już starym próchniakiem, a wnuki będą mi podpalać brodę, wspomnę sobie Agę z łęzką w oku, że kiedyś młodzież była grzeczna, a nie taka znajduchowata jak teraz, hehe. Aguś, ode mnie wielki szacun i odznaka chonorowego ridersa, hehe. Sory, chwilowo nie mam plomby na przetop, wienc dam Ci ją, jak się spotkamy, hehe. A widzimy się w październiku, jihaaaa!. Jak to mawiasz – my jeszcze podbijemy świat! hehe

Pozdrowiam też Marcinka, bo był patronem wpisu. Już miałem zablokować go na fejsie, bo zatruwał rzycie jak komornik, codziennie pytając ile słuw. On też motywował mnie do pisania, tyle że słowami wulgarnymi, hehe. Poza tym udzielił mi paru cennych wskazuwek i potwierdził wiele info, żeby wpis był wiarygodniejszy niż smoleńskie raporty, hehe. Karamba, Marcin, tyle czytania, hehe. A miało być dziesienc tysiency. Hehe, ale dziesieńć tysiency jest dla mienczaków, tyle to może sobie wziąć Lato łapuwki, hehe. U mnie niema lipy, jak się bawić, to się bawić, hehe. Dzięki chłopie, bez Ciebie pewnie nie byłoby rekordu. Teraz pobijmy inny, na przykład w piciu. Niech postawią namiot i możemy hulać do rana, może wytrzymamy „karcianego”. Co to dla nas, piendziesiont cztery kolejki, hehe.

Tak spędziłem swoje czasy pod czerstwą gruszą. Właśnie przeczytaliście około 16800 słów, a wienc niekończoncy się wpis, dłuższy od poprzedniego dwa razy, hehe. Dwajścia cztery strony A4, czcionką jedenastkom. A trzech opowiadanek na polski, to już sie nie chciało, hehe. Dzienki wszystkim, jeśli wytrwaliście, jesteście wytrzymalsi niż nowy trujwarstwowy papier mola, hehe.

Rozjeżdzamy się po Polsce, jak cygany, hehe. Dlatego…

…do zobaczenia

…kiedyś na zmywaku w Dablinie, hehe

Niech moc sucharów bendzie z wami!

Machina czasu

Witajcie, hehe. Pewnie tęskniliście za tym blogiem jak Marcinek za soreczką Gajdą. Przyznam szczerze, że trochę mi wstyd, bo obiecałem wam, że już nic więcej nie napiszę, a tu suprajs, hehe. Wołajcie mamę, tatę, dziadka, wujka, pasierbicę, kota, psa, chomika, wszy, kleszcze, policję, księdza – bo właśnie stoi przed wami, symboliczna notatka na koniec. Od serca, hehe

Jako klasowy gal anonjim postaram się opisać wszystko co zarejestrowały moje czarne skrzynki ucho widziało i oko słyszało. A jest tego od cholery, hehe – jak dzieci w cygańskiej rodzinie. W tym celu muszę przetrzepać moje wszystkie archiwa, teczuszki, zeszyciki i karteczki bo nie pamiętam co robiłem przez ostatnie dwa miesiące, a zwłaszcza jak mnie ktoś uraczył ulubionym przezroczystym napojem młodzieży lub równie wybornym chmielowym nektarem hehe. Wszystko skrzętnie zapisywałem, nawet siedząc w kiblu, bazgrałem na srajtaśmie. Zatem wsiadajcie ze mną do tej machiny przeszłości i razem ostatni raz cofnijmy się w rozwoju cofnijmy się w czasie arzeby powspominać stare dzieje ( płonie ognisko i szumiom knieje, da bum tss hehe )

To jusz jest koniec, nie ma jusz nic, hehe. Po trzech latach wspólnego zamulania kichy w szkolnych ławkach w wydziarganymi sentencjami życiowymi w stylu: nudzi ci sie to dorysuj wagonik ( a tam lokomotywa długa jak dżdżownica mutant ), agnieszka kocham cie, rks 1910 lub słówkami po szwabsku których ni cholere nie idzie spamiętać, doszliśmy do mety. Spociłem się jak koń po westernie na rozdaniu dyplomów, dla wybitnych. Ta duma, kiedy wychowankowie innych nauczycieli zgarniają nagrody, a twoi to tumany, hehe. Gosi musiało być przykro, że ma w klasie samych idiotów, z których nawet miotły nie idzie zrobić. Ale ktoś co niecoś, coś zgarnął, hehe. Niemal dopuściłem się nietrzymania moczu, co zdarza się co drugiej kobiecie - ze szczęścia kiedy wezwano mnie po dyplomik. Oczami wyobraźni widziałem na nim napis: dla Ardjana za najlepszom klate w szkole hehe,  jednak znowu dali mi gówno z krwiodawstwa, krfjodwactwa, krwiowdwawstwa gówno w postaci dyplomu wydrukowanego za pomocą łorda 2003 za to że w szkole przelałem krew. Pośród tych gamoni i tak nastroszyłem piórka niczym paw, jakbym dostał oscara ( ale nie tego loda hehe )

Po tej ceremonii, spotkaliśmy księdza, który rozdawał świstki żebyś nie musiał pukać w ciemno żebyś mógł przystąpić do sakramentu ślubu, drogi Czytelniku. Ja nie dostałem, bo wierzę w koty. I kij mu między oczy, Jezus zapłakał nad jego duszą, bo ksiądz powinien być miłosierny i dobro czyniący a nie taki @$*($((@$() jak ta łysa menda. Kupie se to na ruskim targu za trzy kopiejki i nie bede sie prosił chama. A ślub i tak wezne z moim 200sx s14a bo to dla mnie najlepszy partner hehe. Chociaż źle wyjdę na tym biznesie, bo i tak będę jeździł dalej na ręcznym, hehe. Żartowałem, wolę z kobietą – dzisiaj wacha droższa niż alimenty, hehe. Wykorzystam wszystko, czego mnie nauczył łysyŚlubu udzielają sobie małżonkowie. Czyli co – powiem dupeczce – ja Ardjan udzielam Ci ślubu w imię Kota. Ona powie to samo i pięć stówek się ostanie, hehe.

Gosia nie płakała, na co liczyłem szczerze. Zawiodłem się na niej jak Zabłocki na mydle hehe. Całuska też nie dostałem. Już wtedy miałem myśli samobójcze ale jeszcze większe dopadły mnie, kiedy spojrzałem na świadectwo ( o dziwo bez paska hehe ), na którym każda ocena była na „d”. Ahh pamiętam te czasy, jak miałem oceny na „b” i „c” a moja głowa wyglądała jak jajo kury-giganta. Nic ode mnie nie dostała, mogła co najwyżej karnego k*tasa za ch*jowe nauczanie hehe. Wciąż przed uszami mam jej zdanie o kierowcach motocykli, żeby nie wsiadać na motór, bo można zostać warzywem skrobanym z maski TIR-a. Karolina „Dżetiks” bardzo wzięła sobie do serca te słowa. Wsiada na enduro i pierdzieli, hehe. Enduro, to taki rodzaj motora co sie nim skacze i tapla w błocie, a potem cieszy się jak szczerbaty na suchary. Można powiedzieć, że to taka pierdziawka do śmigania po Koniówce. I bardzo dobrze robi, bo będzie miała w życiu pasję, nie to co ty, drogi Czytelniku, co w domu siedzisz i pierdzisz w taborety hehe

Wśród wszystkich głupkowatych pytań naszej motywatorki maturalnej znalazło się jedno, którym błysnęła niczym chrząstka w salcesonie. „Co dziś będziecie robić?”. Wywołało ono na twarzy Ślepego uśmiech, bo tego wieczora szykował dla wszystkich abstynentów absolwentów grill, na którym kiełbasa była tylko przegryzką do wódki. Postanowiłem zaszczycić towarzystwo swoją obecnością, i niezbyt szlachetnie pojechałem tam gimbusem linii 5. Na miejscu zastałem gwiazdeczki me czyli nierozłączny duet Aguś&Noguś ( prawie jak dolcze&gabana hehe ), Żanette, Ślepaczka i parę innych twarzy mniej lub bardziej znanych ( a wszyscy z klasy hehe ). Z wyskokowych napoi to miałem tam tylko kilka perełek, ponieważ postanowiłem, że już nie piję. Kogo ja chciałem oszukać, to ja nie wiem, hehe. Prawda jest taka, że koło dwunastej stałem przy grillu w krótkich spodenkach, bo przypiździlo z deka ale i tak chłodziłem się wlewając w siebie chmielowy kompot pochodzący z wiadra. Wódki miałem nie ruszać, ale jak zwykle rączki przyświerzbiły i wychyliłem dwie kolejeczki, z radością i jednoczesnym smutkiem, że niektóre twarze widzę ostatni raz. Bo szkoda tak i serce się kroi. Żanette w obawie o akumulator w jej szwabskiej maszynce do mielenia kołami, postanowiła przepalić graue Maus od czasu do czasu na 30 sekund. Gdyby rozrusznik i alternator, umiały mówić, powiedzieliby: „chyba se w kulki lecisz dziewczynko. z gówna bata nie ukręcimy, w ten czas to moglibyśmy ci bateryjkę paluszka naładować co najwyżej”. Zachciało mi się siku więc poszedłem kulturalnie za chatkę, a tam zastałem Końdzika i Michała. Już wystraszyłem się, że to milycja, bo Michał rzucił energicznie: kto idzie?! – to jaa! Musiałem czekać, bo nie pozwolili mi odcedzić kartofelków i już czułem jak mi spływa po nogawce, ale dałem radę i poczekałem aż skończą swoje rozkminy o życiu i w spokoju mogłem wyjąć bestię z rozpora i wysuszyć jaszczura. Jakaś bambaryła połamała krzesełko ogrodowe, robiąc z niego trójnogi stołek, hehe. Straciłem rozeznanie, kto jest, a kogo nie ma. Widziałem tylko jak jakiś rumun jeździ volvem a inny cygan seatem ibizą na fantazyjnych kołpaczkach. Żanetka, mój słodki orzeszek, powiedziała: już czas, więc opuściliśmy teren tego mansion’

Nic nie morze przecież wietrznie trwać, kiedyś Zdralu musi hajs oddać, hehe. Dlatego i ten szlachetny balet musiał dobiec końca. W uściskach i buziaczkach ( bez jenzyczka hehe ) nie było umiaru, dlatego zebraliśmy się przed bramą, żeby ostatni raz podyskutować o zbiorach pszenicy na nizinie chińskiej. Baryła i innych dwóch kolegów ( bo jak wynika z relacji – wpadli w niego we trzech ) tak mocno uściskali kolegę Marcina, że ten zaliczył glebę, hehe. Dzięki wspaniałemu operatorowi kamery o włosach koloru bląd chwila ta została uwieczniona i na pewno zasili pamiątki rodzinne rodziny ZDRalów:

Czekając na lifta do domu, usiadłem w Gofrze czwartej serji w wersji Ocean, z wyraźnym poleceniem Żanette, żebym zapiął pasy, bo ten samochód szybciej stoi niż przeciętne auta jeżdżą i może mi się coś stać. I tak wspólnie z camera-meenem siedzieliśmy niczym dzieci z klubu pancernika myśląc o kakałku i cieplutkiej kordełce. Kolega Marcina wyciął Płazusiowi dżołk, kradnąc jej wóz sprzed nosa, hehe. Mógłbym rzec, że dupa z niego nie kradziej i widać że nigdy nie grał w Gietea bo puścił sprzęgło szybciej niż Katarzyna W. małą Madzię na próg. On mu w gas a ten zgas hehe. Ucieszony jak wielbłond na haju oddał samochód właścicielce i pojechaliśmy do domu. Tam przyciąłem ekstremalnego komara i ten dzień skończył się dla mnie. Przed oczami miałem już tylko wielkiego serowego sendłicza, tancerki z klubu gołgoł, i hawajskie wysepki, hehe

Niedziela, 29 kwietnia, była dla mnie dniem modlitwy i kątemplacji. Poszedłem do kościoła, którego budynek przybiera kształt wielkiego złotego kota, a wchodzi się przez dupę, hehe. Ksiądz labidził, jak to ludzie nie dajom na tace i że w kościółku, który budowany jest w trybie ekspresowym ( 14 lat hehe )  nie ma podłogi, a on sam ma grzyba na chacie i jest zmuszony jeździć alfą 159 z tej bidy. Żalił się, ze podłoga do światyni będzie kosztować 200 tysięcy. Drogo jak cholera, gdybym ja był proboszczem to bym opierdzielił to gumolitem, hehe. Wracając zastanawiałem się nad sensem życia ryjówki etruskiej i szedłem do domu od dupy strony. Kiedy już myślałem, że niektórych mordeczek już nigdy nie zobaczę, albo zobaczę dopiero po studiach ( na zmywaku w UK, hehe ) wskazówka na moim koksomierzu weszła na czerwone pole, bowiem ujrzałem Ślepaczka, Zdraluszka i Karolcię. Ostatni raz w takim szoku byłem jak dowiedziałem się, że Marysia z Pierwszej Miłości zdradziła Pawła, hehe. Marcinek żalił się, jak to mój tatunio otworzył mu wrota do posiadłości, jednak on ma maniery i zadzwonił dzwonkiem. Wszyscy wsiedliśmy w Lagunę, w której lewe koło jest jajem i radośnie podążylismy do Sławna, żeby zasilić ten składzior ostatnim z koksów – Agą. Ślepy był bosmanem a Karolcia nawigatorem. Poprowadzili nas obwodnicą. Czułem się jak na wycieczce krajoznawczej, uśmiechałem się jak głupi, a gdybym miał cyfrakamerę, robiłbym zdjęcia i machał chorągiewką, hehe.

Drogą losowania zostałem wyznaczony do zadania, które polegało na spytaniu o drogę, kobiety jadącej na składaku. Niestety, kompas ślepego zawiódł a Laguna to nie kuń i drogi nie zna, hehe. Podszedłem do niej z takim wózkiem, że jeszcze chwila a bary wypadłyby mi z zawiasów. Z krótkiej rozmowy wynikło, że do Domaniowa można najszybciej dostać się przez Wypizdów Dolny, lub Zadupie Leśne. W końcu, po tych rajdowych wskazówkach niby dostaliśmy się na miejsce bo woda była. Ślepy mało nie posikał się z tej radości, więc postanowił, że odda wolant kobiecie. Karolina nie chciała, czym złamała jego serduszko. Jako, że jestem najgłupszy z tej ekipy, zgodziłem się na spokojną letnią przejaszczkę, hehe. Kobiety lamentowały a na budziku była już trzycyfrowa liczba, hehe. Kamil, powiedział żebym wrzucił bieg-tabu i po chwili ta pseudorajdówka leciała na szóstce. To było coś; pamiętam jak w maluchu leciałem na czwórce, szyba w dół, muzyka w góre i śpiewałem do tego „mamam mamam wóz najszybrzy w mieście hehe”. Ten wytwór żabojadów w moich ryncach połykał wszystkie pedalskie zakręty niczym wóz formuły pierwszej hehe. Po krótkiej sesji foto i paru zdjęciach na którym napinaliśmy klaty jak kulturyści znaleźliśmy się na tej podradomskiej majami bicz, gdzie jedliśmy sernika, ale bez pucowania się pod celą, hehe. Teraz mogę już umrzeć, bo szamanie ciasta o 21:00 na plaży to był sens mojego życia, hehe.

Do naszej ekipy, wkrótce po dłuższym czasie, dołączył Michał i reszta koksów. Jak domniemaliśmy on sam znał drogę jednak pech chciał, że posłuchał swoich kompanów, którzy wyprowadzili go w pole. To dlatego przyjechali o zachodzie słońca, podczas kiedy wygrzebywaliśmy resztki sera z między zębów. Michał zaproponował mi przejażdżkę jego fuksjowym skarbem. Tego wieczora, kolejny raz mogłem poczuć się jak ten miszcz polski w wyścigach skuterami śnieżnymi do tyłu Michał Chałołowczyc. Wsiadłem i ruszyłem jak porucznik Borewicz dużym fiatem, że koła piszczały na piachu, hehe. Testowaliśmy sprint japońskiego gokarta do setki. Poczułem klimat kraju świecącej wiśni przez te domaniowskie serpentyny. Wiatr rozwichrzył mi czuprynę i dymał mnie w ucho, hehe. Zakochani w Madzi nawet nie zauważyliśmy, że minęliśmy naszych ziomków, a ja przytarłem dekla o krawężnik, nadając mu kolejnej bojowej rysy. Wróciliśmy w porę, bo Marcin już dzwonił na wopr, hehe

Daj dziecku aparat, hehe. Spełniliśmy szalone fotomarzenia Michała cykając sobie nietuzinkowe fotki. Gdyby mógł, zbudowałby wieżę z ludzi na wysokość Łortrejsenter i zrobił jej fotkę Zenitem. Już wymyśliłem pozycję, w której część ekipy stoi na rękach, inni stoją na rękach na stopach tych stojących na rękach, a jeszcze inni robią salto ze śrubą, ale padła bateria w aparacie i stwierdziliśmy, że zwijamy manaty i wracamy do miasta po parugodzinnym odchamianiu się.

Nawigacja dała ciała. Jedno trzeba jej przyznać – zna zajebiste skróty, hehe. Według niej najszybsza droga do domu, to droga przez las. Owszem, ale jak lecisz samolotem, hehe. W rytmie disco w polu Madzia wyrzucała kurz, który łapała Renia. Uwaliły się po dach, ale to szczegół, bo nic nie odda tak dobrze rozkoszy podróży po dziurach jak przejażdżka z ziomkami i trąbienie na zajęce. Siary nie było końca, nawet podczas odstawienia Agi na chatę: jeden darł mordę, drugi łupał z głośnika „♫ bo tyy jesteś zajebista, to sprawa jest oczywista ♫”, a biały miś, przypomniał sobie, że bardzo chce mu się siku, i najszczał w okoliczne krzaki. Fajowo, hehe

Dalsza droga polegała już tylko na frustrowaniu ślepego błyskając mu po wszystkich lusterkach światłami drogowymi. Kamil szybko obmyślił plan zemsty i oślepiał swojego kolegę z piaskownicy Michałka, światłem stopu. O mały włos nie doszło do tragedii, bo za każdym razem kiedy to robił, traciliśmy całą widoczność, hehe. Po tych cienszkich gwałtach na przełączniku świateł rozjechaliśmy się i zaraz już w swoim pensjonacie, szamałem drugie śniadanie mistrzów to jest klapsznita z serem, hehe.

W ostatni dzień kwietnia, jeszcze raz odwiedził mnie klub myszki Miki. Jechaliśmy na słynnego jak gacie FC Barcelony Ślepego, tripa. 11 osób raptem znalazło się pod SmakDonaldem lub jak kto woli MakDakiem  z czego jadły tylko cztery, bo reszta jest biedniejsza niż myszy w stajni u pierNika, hehe. Marcina porwala lektura menu tej wykwintnej restauracji; potem już wiedział gdzie przyjść z mamą i na co, hehe. Burzliwa dyskusja, na temat dalszego planu wycieczki porwała również Żanette,  której na dachu dojczwagena postanowiłem narysować coś ładnego. Czy męski narząd płciowy to ładna rzecz, to pojęcie względne, jednak faktem jest że taki rysunek tam w istocie zagościł, hehe. Na tylnej szybie pojawiły się również napisy takie jak: epicki „brudas”, czy „nie myć! eksperyment NASA”. Kiedy sama właścicielka odkryła, jakie znamię musi nosić ten szary heczbek, szukała winowajców okaleczenia goferka. Z brudnym palcem, dałem jej do zrozumienia, że to nie ja, hehe. To kłamstwo miało nogi krótkie jak wonż, lecz blachy nie dostałem, nad czym ubolewam

Cóż może być lepszego, niż spacer po oczkach gołembiewskich o dwunastej w nocy. Oni to wiedzą kocie, hehe. To ciekawe miejsce, gdzie śmietniki pełnią rolę pojemników na szkło kolorowe a policja nawet nie zagląda, bo uznała je za ogródek piwny. Potwierdzone info. Wśród donośnych rozmów można usłyszeć ciekawe historie, jak to łysy wyj*bał z główki jakiemuś frajerkowi, a Sandra to szmata. Przez cały wieczór, miałem ochotę włożyć Marcinowi do ucha obśliniony palec, jednak pragnienie tego fetyszu ustało, kiedy Żanette poczęstowała mnie gumą do żucia, zajumaną Marcie. Korzystając z tego faktu, wziąłem cztery, z czego dwie włożyłem do gęby, a pozostałe trzy do kielni. Nie każdemu spodobała się moja sztuczka, z rozciąganiem gumy paluchami, jednak Karolci spodobał się mój sprośny kawał, o dziadku, co lizał sobie brwi, hehe. Kiedy wracaliśmy, jeszcze raz zaprezentowałem wszystkim swoją sztuczkę, tym razem nazwałem ją guma-jojo. Kariery nią w cyrku chyba jednak nie zrobie, hehe. Odprowadziliśmy Karolcię do domu i zastanawiałem się, w jaki sposób się z nami pożegna. Ten szczwany lis wykonał gest jakby mył ścierą szyby, co w pewien sposób rozbawiło mnie, bo jak wiesz mój Czytelniku, jestem głupi i śmieję się nawet do kostki brukowej, hehe. Do domu, ku zaskoczeniu wszystkich, odwiozła mnie Żanette. Spotkał mnie ten zaszczyt, że mogłem usiąść z przodu. Od prowadzonej w środku inteligętnej i poważnej rozmowy, poczułem się jakbym miał ajkju większe o sto, he-he-hehelmans xd Wróciłem do domu, bez chuchania, bo rodzicielka spała jak lemór

Majówkę spędziłem na wsi, gdzie medytowałem zanosząc modły do wielkiego kota, prosząc o powodzenie w życiu i żebym rozstał się z ręką, hehe. Musiałem tyrać niczym murzyn, bo w Viki spaliły się żarówki konsoli centralnej. To pierdoła, ale traciłem przez nią 30 do lansu, kiedy odwoziłem najlepsze dziunie spod remizy. Zabrałem się za wymianę i dobrze mi szło, do momentu kiedy ciągłem te żarówki wielkości mózgu salamandry, arzeby wyszły z plastikowych kołnierzy. ‚Zębami, zębami’, – podpowiadał mi instynkt.’ Chwyć zębami szklaną żarówkę i mocno ściśnij, wyjdzie :)‚ Tak też uczyniłem. Czy wyglądam, jakbym miał za mało szkła? hehe, Nie, bo żarówka pękła mi od nacisku dziąseł i po chwili uradowany plułem na lewo i prawo, jakbym wypił wódkę i zagryzł kieliszkiem, hehe. Dobrze, że nikt tego nie widział, bo znów zostałbym pośmiewiskiem rodziny. Do dziś przy obiadach wypominają mi, jak byłem mały i głupi ( zostało mi, hehe ) i ryczałem kamiennymi łzami, a kiedy pokazali mi gumowego hamburgera-breloczek, któremu gały wychodziły na wierzch po ściśnięciu, przestawałem, hehe. Wieczorem zorganizowaliśmy grilla, jednak takiego jakiegoś niepolskiego bo najadłem się i byłem trzeźwy jak śfynia, hehe

Wróciłem z włajażu do domu, bez mamusi. W lodówce nie było nic jadalnego. Sklepy były zamknięte, więc jadłem co popadło. Byłem tak głodny, ze gdybym miał chomika, wrzuciłbym go na patelnię, hehe. Przyjąłem program nauki – 3 lata w jeden dzień i w celu jego realizacji zabrałem się za lektury. Głodnemu chleb na myśli, jak mawiał klasyk, dlatego w tej śmierdzącej kaszą książce o niczym pt. „Kamizelka”, wyczytałem, że pan co dzień posuwał sprzątaczkę, podczas gdy w rzeczywistości była to sprzączka. W sumie to i dobrze, pozazdrościć temu co by mógł codziennie, hehe. Mam kolegę ( tak tak, to prawda, hehe ), który ku uciesze kolegów przeczytał w ten sposób owe zdanie na głos w klasie. Jemu można wybaczyć, bo samochodówka to nie szkoła. Samochodówka to stan umysłu.

Na przyśpiewkę polaków wybrali koko koko euro spoko. Muszę przyznać, że tekst jest bardzo ambitny, bo już następnego dnia gimbusy całego świata połączyły się, żeby zrobić na kwejka miliard obrazków o nim i cztery biliony przeróbek tekstu. Mnie to tam nie przeszkadza, ja mógłbym śpiewać nawet „Chryzantemy złociste” bo i tak nikt mnie nie usłyszy – Euro spędzę w domu w laczkach-zajączkach albo w pracy, kręcąc katarynką dla głuchych, bowiem nie wydaje melodii, a wypluwa śrubki, hehe

Tymczasem ja siedziałem nad książkami. Siedziałem to dobre słowo, bo siedząc oglądałem obrazki w książce i krytykowałem sufit, którego nie pociągnęli gładzią i zostały na nim pory i dziurki, których nawet Michałkowi nie chciało by się skorygować, bo jak wiadomo on nie lubi tej pracy i woli się opierdzielać. Taka postawa bardzo mi się podoba, sam pamiętam kiedy zostało mi pół godziny do zakończenia roboty i nagle moje poczucie estetyki zaczęło kuleć. Zmiotłem pół zakładu Auschwitz, policzyłem ile dziś zrobiłem, nabazgrałem trochę w zeszycie, pokręciłem sie, zrobiłem siku na zaś i 4,50 wpadło hehe

Ale nie o tym przecież mówiłem, drogi Czytelniku, a Ty nie protestujesz, a zamiast tego uśmiechasz się jak głupi do swojego monitorka. Nasz machina czasu zaraz dostanie w papę bo wcale nas nie cofa. Wróćmy do dnia 4 maja – dnia w którym hasło „przecieki” pobiło rekord wyszukiwania w Goglach, dnia w którym świat przeżywał niedobór czarnych, gównianych długopisów Corvina, wreszcie dnia, w którym każdy kto urodził się w 93′ (a według ankiet na fejsiku jest to „najzajebistszy :***” rocznik ) powtarzał „ja pierdziele, nie zdam i będe kopał rowy uszami :<„

Polskiego się nie bałem, ale widziałem jak niektórzy srali ogniem, jak przed najazdem niemców w 39′. Mat-fiz i wszystko jasne, tumany, hehe. Na wejściu każdy rzucił się na darmową wodę jakby na maturze były same dzieci z Somalii. Otwieram kartę, patrzę a tam tekst o wikipedii. Co ja pacze? No klękajta narody. Rozumiem, o RedTube, to bym odpowiedział na pytania bez tekstu, ale po co mi wiedzieć że wiki z maltańskiego oznacza masło extra w durzym opakowaniu, czy jakoś tak, hehe. Ale rozwaliłem to jak hardkorowy koksu Najmana. Problem miałem z wypracowaniem, bo było o kobietach. Jak wiesz tani Czytelniku, w swoim życiu miałem tylko dwie kobiety. Obie w formacie .jpeg, obie przepadły wraz ze starym dyskiem i terabajtami pornosów. Bardzo chciałem jakoś zacząć, tak mądrze, ładnie. „Kobiety to krokiety”, „Kobiety – kto je zrozumie”, tylko tyle przychodziło mi na myśl, ale chyba nie wypada pisać źle o kobietach, jeszcze by jaka mi to sprawdzała i na wejściu miałbym już -10 za seksizm i -20 za twarz. Idealne wydawało mi się wstawienie tam ankiety, która cały czas chodziła mi po głowie i pewnie ją teraz nogi bolą *ba dum tss* hehe

Nie skusiłem się jednak na rysowanie ankiety, chociaż pewnie potem byłbym potem gwiazdą demotów i kwejka. Jak sami widzicie nie lubię się rozpisywać, dlatego pisałem jaką to suczą i blacharą była Łęcka i jaka dobra ta Joasia bo zasuwa jak bury osioł na ledwo 5 stron. Z doświadczenia obrabianka dupy umiem dużo mówić o tępych dzidach płytkich jak talerz i bystrych jak woda w klozecie za to komplęmęty przychodzą mi z takim trudem, z jakim Żanette przychodzi cofanie do tyłu na wstecznym.

Kolejny dzień przyniósł nam matematykę, królową nauk. Tak pisał nasz narodowy leszcz wieszcz Andrzej Kohanowski o matematykach, co ciągle miałem w myślach ( tak jak niektórzy hymn reprezentacji polski i innych kontynętów na Eóro – „koko koko kij ci w oko” ):

NA MATEMATYKA

Ziemię pomierzył i głębokie morze,
Wie, jako wstają i zachodzą zorze;
Wiatrom rozumie, praktykuje komu,
A sam nie widzi, że ma k*rwę w domu.

Swoją drogą, ciekawe jak to jest na matematyka. Pewnie on z cyrklem w dupie mierzy jej kąty rozwarcia, hehe

Matematyka była banalna jak mówi Marcin. Sam starałem się przehytszyć CKE i co się dało mierzyłem linijką. Wziąłem ekierkę bo bałem się, że za kontomierz unieważnią mi abitur, wpadnie CBŚ i wyprowadzą mnie w kajdanach a potem będę w celi stukał miską o klapę żeby klawisz otworzył, hehe. Zadania otwarte jakoś nie chciały się przede mną otworzyć, to zostawiłem je jak były – jak głosi moja sentęcja życiowa: brak rozwiązania to też rozwiązanie, hehe. Miałem ochotę napisać w brudnopisie coś głupkowatego, albo narysować wielkiego siusiaka, jednak pamiętałem, jak skończyło się w to w pewnej szkole, w której właśnie taki uczeń, który odkrył w sobie plastyczne zdolności akurat na abiturce z majfy i narysował genitalia, już wkrótce przekonał się, że dywanik u pani dyrektor jest bardziej miętki niż najnowszy papier Regina. A podobno brudnopis nie podlega ocenie. Chamstwo i obłuda. Wina Tuska, hehe

Po skończonej maturce wszyscy dyskutowali, jaki to był banał, a muszę zaznaczyć, ze takie dyskusje zawsze mnie irytowały niczym pluskająca o tyłek woda w kiblu i to właśnie one stały się nicią niezgody pomiędzy mną a melonem jr. Marcin, przepraszam, zachowałem się jak mruwka w ciąży. Zgłosiłem nas do programu „Wybacz mi„. Dam Ci worek nadgnitych kartofli i zapomnimy o sprawie, hehe

Angielski dla mnie to był pis of e kejk hehe. Problemem jedynie był rodzaj listu, oficjalny czy nie? Bijacz plis, kto by sie tym przejmował, hehe. List do nauczyciela, z zaproszeniem na zjazd absolwentów poszed gładko. Napisałem coś w stylu „hello ticzer cum at me 2day to absolwent’s mityng hehe. plis tejk your cyfra-kamera” Liczę na max za użycie skomplikowanych zwrotów językowych, hehe.

Poszedłem Rufiemu pokazać miasto. Trzech łebków ścigało się audicami ( pewnie ukradli, hehe ). „Co za wariaci” – powiedział Rufi pełen nienawiści. „Ledwo takich wyprzedzam” – dodał.

Po symbolicznym, 5-godzinnym oczekiwaniu na rozszerzenie, mogłem wreszcie zasiąść do egzaminu. Arr Julita, z nią świat jest bardziej kolorowy. Nawet jak rozdaje arkusze widzę w jej oczach jednoznaczną propozycję, hehe. Probowała coś rzucić na podryw więc patrzy na 5 butelek Cisowianki, które stały obok mnie i krótko rzekła:0 „Ardjanku, te wody to Twoje? ;)” -„Taak, lekarz kazał mi dużo pić, hyhyhy :)” – niestety, tym razem nie wyszło, ale liczę, że spróbuje jeszcze raz, hehe. Krótki tour po zadaniach maturalnych i wiedziałem już, że arkuszem z wynikiem tej matury, już wkrótce podetrę sobie rzyć, hehe. Nie wiem, na jakim poziomie to było, chyba prohypersupermegaextended. Granie w kol of djuti przydało mi się, bo strzelałem wyborowo, hehe. Na słuchaniu było równie zacnie. Siedząc w pierwszej ławce, przy magnetofonie nastawionym na ful czułem jak wypada mi miód z ucha. Ten bełkot brzmiał jak dialog nawalonych anglików przegryzających pieroga lewą szóstką. Coś strzeliłem, coś wyliczyłem na kalkulatorze, coś wymyśliłem i jakoś mi poszło to malowanie kwadratów, hehe

Każdy był w szoku, po tym jak pedomiś, przestał być moim avkiem na fejsiku. Tak źle i tak niedobrze. Naraz dostałem sto milionów wiadomości na PW. Obiecałem, że coś wstawię i tak się stało. Wkrótce fotka z renki zagościła na moim profilu. Wykorzystując moje doświadczenie w Fotoszopie nabyte na powiększaniu cycków, bicków i odchudzaniu pasztetów wykorzystałem do artystycznej zmiany tła, na pedalski fiolecik. Domyślnie miał być tam bardziej pedalski ruż, ale zrezygnowałem, bo gdybym umieścił ten szlachetny kolor na swoim zdjęciu, byłby jeszcze bardziej utożsamiany z pedałami, hehe. Tak czy siak, jest mi bardzo ciepło na serduszku, jakbym se je grzał farelką, za wszystkie lajki, które mi daliście. To miłe. Macie u mnie dług do spłacenia za to, hehe. Mało kto zwrócił uwagę na me ambitne zdjęcie tła osi czasu. Wcześniej była tam komora silnikowa od malucha ale konflikt styli, który pojawił się po wstawieniu profiluffki musiał zostać przez mnie zniwelowany. A musicie wiedzieć, że na sztukę, to ja jestem wrażliwy. Przecież zawsze, kiedy widzę teatralne spektakle w tiwiku rzucam w jego stronę parę siarczystych epitetów,hehe

Następnym czelendżem dla mnie była matura ustna z angielskiego. Matura ustna polega na tym samym co pisemna, tyle że robi się z siebie kretyna w czasie rzeczywistym i większego o 70%, hehe. Moim czarnym koniem tego wyścigu miała być Karolcia, której jako doświadczony kołcz w przeddzień dawałem wskazówki na fejsie jak zrobić w jajo egzaminatorów. Myślałem że przyfisiuje i użyje magicznego zwrotu, który sprawia, że jak go powiesz, to już jest pozamiatane jak w golfie Żanette pod dywanikami, a mianowicie: hymm, let mi fink! – kiedy się już zawieszasz jak Łindołs 95 i nie wiesz co powiedzieć dalej, lub po prostu jesteś głąbem i nie chcesz się pogrążać. Wyszło inaczej, bo Karolcia trzęsła się jak galareta w bębnie pralki, spadającej ze schodów w zawalającym się budynku podczas trzensienia ziemi, hehe. Zdobyła dużo punktów, z czego jestem dumny jak kogut, który właśnie naskoczył na kurę. To wszystko dzięki wielu dniom, jednemu dniowi, paru godzinom, godzinie, kilku minutom moich wyrzeczeń arzeby zdała tą maturę, jakby od dziecka mieszkała na wyspach i miała rude hery.

Sam poszedłem tam na lajcie bo jestem największym kozakiem ze wszystkich, a rozstaw moich barów jest szerszy niż drzwi do garażu. Pogadaliśmy se, przyznałem się że chciałbym mieć ajPada bo wtedy wszyscy by mnie lubili, że pieniądze z wygranej chciałbym przeznaczyć na cele charytatywne i że znajomą z Anglii zabrałbym do galerii sztuki. Prawda jest taka, że zabrałbym ją na melo do ślepego, po którym nie wiedziałaby jak się nazywa, hehe. Zdobyłem 28 pkt i jest dobrze – te dwa odjęli mi za białe skarpetki w garniaku. Gwiazdeczką tego dnia została Żanette, która praktykuje słowotwórstwo. Podobno na ibeju zmienili nazwę działu z aparatami fotograficznymi na „cyfrakameras”. Specjalnie dla naszego klasowego pączusia. Sprawdzone i potwierdzone info.

Każdy łyknął kit, że Rufix zdaje ustną z niemieckiego. Ziarno prawdy w tym było, bowiem Rufus, tak kochający ojczysty język swoich dziadków przejęzyczył się i otwarcie przyznał na maturce, że on lajk tu laufen hehe. Lekki klops, Rafałku, a raczej spory fejspalm, hehe.

Ten fotograf-amator, co robi zdjęcia łyżką, o dumnym imieniu, które znaczy tyle co „pączek z dziurką” w języku wyspiarzy, przysłał wszystkim zdjęcia, na których wyszliśmy jak ‚idź stąd i nie wracaj’. Nie wiem, w czym jestem podobny do Marcina, jednak Donacik uznał, że w wielu kwestiach i że Marcinek będzie tęsknił za mną, dlatego dał mu moje dwie foteczki. Tak od serca. W sytuacji, kiedy moje cztery dupeczki chcą po jednej foci, jest do dla mnie bolesne i przykre, bo spędziłem całą noc żeby im narysować ładne zdjęcie, żeby każda miała po jednym i nie doszło do mordobicia, hehe. Każdy z nas dostał też płytę, której nie odpalałem bo mam w komputerze tylko wejście na cyfrowy salceson i dyskietki, ale koledzy mówią, że wbrew ich oczekiwaniom jest tam kilka ich zdjęć, które spokojnie można było zgrać na młodego ziemniaka USB, a nie marnować płytkę. Płyta by się przydała na disco polo i pornosy. Ale nie ma. Smuteczek.

Czas pomykał jak Michał na zakrętach fuksjowym bolidem, dlatego rachu ciachu i była matura z gejografyji. Uczyłem się do niej, dużo i wytrwale. Co to jest Albedo ( niee, to nie bohater peruwiańskich telenowel, hehe ), punkt rosy ( ale nie tej galerii, gdzie nikt nie chodzi, bo jest drogo jak siemasz, hehe ) czy perygeum – jak ty je widzisz, to labidzisz że zajebisty dziś ksienżyc, taki pomarańczowy, heehe. Ta wiedza jest dla mnie tak przydatna, jak klawisz z klawiatury komputera, leżący między prawym kątrolem a flagą łindołs. W domu wytrwale szukałem lupy, po czym tatuś przyznał, że jest ślepy jak kret i nie widzi jak sobie w robocie ostrzy wiertełka, dlatego ją wytargał. Wylosowałem w sali abituralnej numer jeden, bo jestem koxem numer jeden, hehe. Kiedy zobaczyłem, co przygotowali dla mnie Andrzej Brylman i Ewa Kaciała z CKE, w głowie miałem melodię requiem for a dream. Strzelałem niemal tyle co gołąb i Martaa, ( grzechu wartaa arrr ), i liczę na 90, ale promili hehe. Jeśli mój wynik będzie dwucyfrowy pomodlę się do wszystkich bogów, nawet do latającego potwora spaghetti. I tego dnia zakosiłem fanty, a raczej fanta, bo przeuprzejma pani protektor batonów powiedziała, że bierzemy po jednym czym zburzyła moją polaczkowość. No jak tak można, a specjalnie już doszyłem se ukryte kieszenie ;/

Od tej pory zacząłem sprint w nauce prezentacji maturalnej, którą kupiłem jak 80% z was, nie oszukujmy się w naszej wielkiej, durnej rodzinie, hehe. Zapłaciłem 25PLN/strona, tak wynika z mojej skomplikowanej matematyki. Uczyłem się na blaszkę, nawet słów, o których istnieniu nawet nie wiedziałem. „Katastroficzny profetyzm” – łot de fak?! hehe. Przeczytałem nawet literaturę - Miszcza i Małgoshatę, Kordyjana, Dies Irae i inne zakalce literatury polskiej. Mistrzunio nawet przypadł mi do gustu, szczególnie sceny z kotem, który pali chamów miotaczem ognia, siedząc na gzymsie. Kordian, to jakaś łajza. Dupeczka go odrzuca, to ten zamiast wozić ją wszędzie po baletach golfem z tubą i sportowym tłumnikiem ( +5 koni mechanicznych ) idzie się zastrzelić. Co mu strzeliło do łba to ja nie wiem, hehe. Fakt faktem ostatni raz tak wciągnęła mnie lektura książki telefonicznej. Ale co tam, poszedłem na pałę, powiedzieć, co wiedziałem. Pytała mnie ta blondi co ma gały jak żarówy i jest wrażliwa na odczucia artystyczne i jakaś inna, czorna, hehe. Jąkałem się jak Maciuś z klanu ale coś wydukałem. Mógłbym im dać 5 pkt za piękną odpowiedź, bo mówiły więcej ode mnie, hehe. Skończyłem nienajgorzej, bo dostałem 14 pkt, co stało się obiektem drwin Kamila, no bo jak to możliwe, że on gupi i dostał 15. Każdy wyszedł uhahany bo zdał, a Rufus najbardziej, bo stał się szkolnym mistrzem precyzjiwyrabiając się jak gówno w betoniarce, zdobywając upragnione 6 pkt. Miałem wakacje, lecz bez hawajskich kwiatów  i masażu stóp nie czułem tego, hehe

W szkole postanowiłem pojawić się jeszcze raz, żeby zdemotywować wszystkich zdających i ostatni raz zobaczyć te mordeczki. Przedtem oddałem krew. Spuścili ze mnie tyle, że Drakula wpieprzałby chochlą, hehe. Jako weteran spuszczania oddawania krwi uprzedziłem pytania szalonego dokotora ząbka. Czułem, że wyjedzie mi z tematem, czy jadłem, czy spałem, czy w nocy aby nie poszedłem w tango, dlatego zanim zdążył coś powiedzieć, wychrząkałem – tak, jadłem, jestem zdrowy i wyspany, nie mam kiły ani rzeżączki, wierzę w koty, lubię chleb pełnoziarnisty, głosowałem na Korwina – Mikke, hehe. Zamulił się, jak bagno pod Kielcami i posłusznie zbadał mi ciśnienie samochodowym kompresorem do pompowania kół. Mogłem oddać krew, co w istocie zrobiłem. Zaciekawił mnie ten preparat, który powoduje, że jak się nim spryska żyły, wychodzą na wierzch, są duże i nabrzmiałe.Dlatego, w tym miejscu mały apel, doczytelniczek – Dziewczyny, spryskajcie se tym cycki, hehe.

W nagrodę, za to, że byłem dzielny i nie ugryzłem pani lekarz, dostałem kilka czekolad, którymi nie omieszkałem podzielić się z gwiazdeczkami. To znana wietnamska tradycja, której przestrzegam od zawsze. Dostałem tez koszulkę, w rozmiarze L ( trochę za wąska na moje siarczyste bary, zrobie se bezrękawnik, hehe ), ale dopiero w domu zauważyłem, że dali mi z napisem „0rh+”. A ja myślałem, że tam jest napis : „pokaż cycki, dam ci ciastko”. Skandal.

Jak już wspominałem, odwiedziłem twarzyczki najukochańsze. Lamentowali jak przed rozstrzelaniem. Każdy kto wchodził, wierzył że jest tym szczęśliwcem, który jedyny ze szkoły nie zda. Zrzuciłem Martynce plakat, ale to dobry człowiek i nie dostałem w ucho, a jedynie uśmiechnęla się. Żanette i Kinia latały jak poparzone kwasem solnym, a jak się później okazało, zdały i to galancie. Największe fanty zebrał blondee, który poszedł na maturę bez niczego, ale oczarował komisję prostym zgryzem i garniakiem z targu na wernera, co pozwoliło mu zdobyć 18 pkt. Czy Ci nie wstyd Czytelniku, że taki marny raperzyna z buta wjeżdża na abitur i prawie ma fula? Bo mi wstyd, schowałem się za piecem i gorzko zapłakałem, jak już wróciłem do domu.

W międzyczasie tego wszystkiego do domu zajechała naprawiana przez nas Megi. To nic, ze centralny zamek nie działa, i żeby się do niej dostać, trzeba otworzyć drzwi pasażera, to nic, że tłumik jest dziurawy i brzmi jak widlasta ósemka, to nic, że ledwo przepchnęli ją na przeglądzie. Stacyjka niestety nie odbija i podczas odpalania trzeba ją obrócić trzy razy do przodu i raz cofnąć do tyłu. Taka blokada antykradzieżowa, hehe. Ostatnio niestety w chłodnicy wywaliło dziurę wielkości pięśći Majkela Dżordana i póki co, jest niezdolny do jazdy, co wychodzi mu najlepiej. Jedno jest pewnie: ten samochód ma P-O-T-E-N-C-J-A-Ł, który odkryjesz, kiedy go kupisz. Jak dla znajomych, z naszym skarbem, rozstaniemy się za jedyne 4000 PLN. Nie musisz nim jeździć, już zaledwie stojąc na terenie Twojej posiadłości, nałapie Ci tyle dupeczek, że do końca życia nie znajdziesz żony. Doskonale może służyć, jako ozdoba do ogrodu. PS: gdybyś jednak zamierzał, kochany czytelniku, poorać kawałek pola, muszę przyznać, że ręczny w Renacie działa wyśmienicie, hehe. Bardzo sprawdzone info. Nie czekaj, dzwoń, najlepiej na policję, bo taka fura, za taki bezcen to rozbój w biały dzień

Farez pies, dobry jes, jak mawiał klasyk. Historia tej rasy jest tak pasjonująca i wciągająca, że pewną nockę przeznaczyłem nie na expieniu w Tibi, ale na zgłębianiu wiedzy o czworonożnych śiersciuszkach, bo idę na kynologię, hehe. Z ciekawszych rzeczy, dowiedziałem się, że nos psa to trufla, a ty i tak powiesz, „jaki zabawny ryjek, hihi”. A mi uszy więdną, jak pewnemu panu, który kiedyś pouczył drugiego, że tam nie stoi kościół Bernardyn, ale Bernardynów, bo Bernardyn, to taki pies, hehe. Do końca życia będę pamiętał, że Cavalier King Charles Spaniel, czyli zwany przez Ciebie Farez, należy do siódmej sekcji dziewiątej grupy według rankingu EfSiJaj, hehe. Ma dłuższą mordkę, niż jego niewyględny kuzyn King Charles Spaniel, który podobny jest do foki i jest towarzyszem zrzędzących bab, którym przeszkadzają dzieci grające w piłkę i wzywa policję, hehe. Z tego co wyczytałem, każdy król miał Fareza. Mieszko pierszy używał go nawet do polowań na sarny, ale ze względu na agresję psa, który rozszarpywał niemiłosiernie ofiary, został kompanem do towarzystwa. Piękne panie, które miały wszy na dupie, czesały się Farezem i musiał nosić ich wszystkie kleszcze, wszy i pijawki. Oprócz tego, gorący kochanek Farez robił im w zimę za karolyfer. Kiedyś chcieli pieskowi o krótkiej i łatwej do zapamiętania nazwie Cavalier King Charles Spaniel, chcieli zmienić nazwę na trudną i skomplikowaną – Toy-Spaniel, ale Edek siódmy powiedział stanowczo: „kutasa! daj se tak na bierzmowanie cieciu, a nie będziesz mi pieska chrzcił brudasie„. Tak rozwinęła się ta rasa. Były psami do towarzystwa i do zabawy, ale Karolcia postanowiła zrobić ze swojego czworonoga bestię do zabijania i ochrony życia, hehe. Jego starzy są czempionami Czech i Bangladeszu oraz ZSRR i Jugosławi. Możemy stwierdzić, że ma wpływowych starych z kontaktami, hehe. Farecho jest ojcem rodziny wielodzietnej, od momentu kiedy narobił dzieciaków wraz z Miją Koko ( euro spoko hehe ) Madmłazel. Zrobił ją w bola i nie płaci alimentów, co więcej, czai się jak tygrys na antylopkę, na fajną dziunię z sąsiedztwa. Tamta nie ma papierów bo została kupiona na bazarze od rumuna pod Czarnobylem, dlatego sory winetu ale z bara-bara nici, hehe. Ale stary, wspieram Cię, wiem co to znaczy, żyć w domu z kobietą, co nie chce żebyś pływał po morzach i oceanach rozkoszy, hehe. W dodatku musisz jeść z pedalskich misek, a na czekoladę możesz se tylko popatrzeć w reklamach czokapik, hehe. Robisz z siebie debila, i tak Ci nie da. Ach te kobiety, zawsze nas omotają, że skaczemy przy nich i robimy sztuczki, a jak przyjdzie co do czego, okazuje się, że tylko się wydurnialiśmy, bo i tak nie dostaniemy tego, co chcieliśmy, hehe. Trzymaj się stary wariacie, już niedługo będziesz miał komunie, hehe. Już widzę, jak Ci szyją albę z serwetki. Tylko nie zejszczaj się przy odbieraniu chlebka, hehe

Wypadałoby się zbliżać do końca, bo wachy w machinie czasu coraz mniej. Przełonczmy więc na LPG, hehe. To już jakieś 5400 słów. Gdybyś nie był leniwą dupą i wkleiłbyś wszystko do łorda lub peinta wyszłoby Ci 9 stron czcionką 12. Właśnie tyle przeczytałeś. To dużo więcej niż wszystkie opowiadania tego marnego śpiewaka, Borowskiego, o żydach, którzy przeminęli z wiatrem, których i tak nie przeczytałeś. Wspomnijmy Royal Melo u Ślepego, który skończyłem w namiocie z dwoma chłopcami i niewiastą opartą na dupie pewnej blondynki, hehe. Żyć nie umierać

Dostałem propozycję, nie do odrzucenia. Kamil mimo szlabanu na robienie imprez zbuntował się jak niewierny Tomasz i wyprowadził parę osób w pole. Jego ranczo na zawadach okazało się mazowieckimi mazurami – było jezioro, były namioty, były browary, były dziewczyny, hehe. Jeszcze raz niezastąpiona w fachu Żanette wiozła mnie trzeźwego i odwoziła nawalonego. Zanim jednak do tego doszło, musieliśmy się jakoś przygotować. Miałem wziąć koc, ale nie wziąłem nic, bo lubię się wbijać na krzywy ryj, hehe. Zakupy były szybkie, bo koledzy wiedzieli już dobrze gdzie w kerfurze jest dział „alkohole”. Miałem nic nie pić, myślałem o paru browcach a skończyło się żubrówką na spółę z Kasią, która głowę ma mocną jak ruski żołnierz. Żanette nie pozwala otwierać okien z tyłu w gofrze, i jest agresywna niczym Farez syn Azalei Enthralling, jak mu się nie daje spotykać z lachonami. Chwile grozy przeżyłem, kiedy podążając za laguną koloru morskiego wystawiła się na czołówkę. Widać chciała dostać blaszkę. Samochodem, hehe. Gdyby nie moja boska interwencja, wrodzona inteligencja oraz trzeźwość umysłu ( która przepadła kilka godzin później, huehe ) i umiejętność oceny tej przykrej sytuacji moglibyśmy zostać warzywami bonduelle. Na miejscu okazało się, że mamy niezłą poliestrową chatę. Żeby stworzyć farmville zabrakło nam jeszcze kilku chałup, więc dzielnie zbudowaliśmy je z poliestru i rurek. Marcin, jest takim dobrym budowniczym ( co nie każdy pamięta z posiadówek w kanciapie Artura i jego rycerzy okrągłego stołu hehe ), że namiot Kasi&Kasi zbudował na nieuprzątniętym psim klocu. Ich szczęściem jest fakt, że spały na materacach, bo inaczej zafundowałyby sobie nowatorski masaż pleców odchodami, hehe.  Namiot Marcinka był tak duży, że spokojnie weszłyby tam dwa krasnale albo pięć martwych noworodków. Grill rozpalił dla nas Jurek o imieniu Michał. Polegało to mniej więcej na wylewaniu całej podpałki wprost na kiełbę. Na początku panowała atmosfera, jak na gorzkich żalach. Każdy co nieco zagryzał kanapki Kasi Szczczczcz. , niektórzy łasili się na pryncypałki, ale każdy z nas w głębi ducha czekał na węgiel w kształcie kiełbasy opalany przez Kinię spalinami z WieśWagena. Kamil vel. nigdy nie jeżdżę po alkoholu pojechał po sierotki Marysie i Michałka, którzy zabłądzili w miejskim gąszczu tego szikago. Przywiózł mi gwiazdeczki, żebyśmy mogli pokonwersować o kale. W międzyczasie, tych jakże pasjonujących rozmów wypiliśmy jak magnateria, wprost z plastikowych kubeczków. Robek, osiedlowy menel, nawalony już o 7:30, byłby ze mnie dumny, hehe. Namiot Marcina, przez magiczne sztuczki łysego, lecz brodatego znalazł się za zagrodą pod napięciem. Plener nabierał tempa. Gwiazdeczki musiały znikać, zabierając ze sobą Jetixa, co zauważyłem po jakichś dwóch godzinach, hehe. Czas reakcji, którego nie powstydziłoby się żadne dziecko z autyzmem. Po podobnym czasie wszysycy odkrylismy mini-śniardwy za barakiem. Bardzo rozsądnym pomysłem było stanie na ogromnym molu w stanie wskazującym, hehe. Jedliśmy, piliśmy, głupoty waliliśmy. Jak zwykle. Juruś zniknął i niektórzy poszli spać. Sam otuliłem się kocykiem Żanette i prowadziłem zawiłe rozmowy z paroma ziomeczkami od serca. W końcu jednak i na nas przyszedł czas, więc położyliśmy się wspólnie w naszym mobilnym domku, ustawionym w większym niemobilnym domku, hehe. Ten wieczór spędziłem w iście romantycznej atmosferze, bowiem leżałem pod ścianą jednoosobowego namiotu, schowanego w większym namiocie z dwoma chłopcami i jedną dziewczynką, a za poduszkę służyła mi gąbka od taboreta. Gdybym rozprostował nogi rozwaliłbym ścianę chaty, więc wolałem spać w pozycji embrionalnej. Wzruszyłem się jak po pogrzebie Kim Dzong Ila, dlatego z łezką w oku powiedziałem:

- Wszyscy sobie teraz tak mieszkamy pod jednym dachem ;’)

- NOO NAWET POD DWOMA :)

- odrzekł mój bliższy lewemu jądru kompan Marcin.

Kinga spała wsparta, na dupie kolegi. Jak mówi starożytne powiedzenie rozpowszechnione przez Paulo Coelho: „jak ktoś ma mientkie serce, to musi mieć twardom dupę.” Myślę, że Konrad należy do ludzi o twardym sercu, bowiem Kinga spała jak prosiak. O 5:30 tak bardzo chciało mi się krzyczeć, powiedzieć całemu światu „WHAZZZZZZZZZZZZUP?!”, że pan gospodarz bardzo się zirytował. Wraz z moją sleeping beauty dalszy nocleg kontynuowaliśmy w samochodzie ogrzewając się climatroNikiem.

Gdy ona usnęła, ja wzięłem się do roboty i zrobiłem fachową repetę samochodu. Przetrzepałem wszystko co się dało. Zajrzałem w każdy zakamarek. Zarejestrowałem wszystko i z czystym, jak po praniu w Dosi sercem mogę stwierdzić, że ten samochód nie ma już dla mnie tajemnic. Kobieto, chcesz dostać klapsa w dupsko od wujka? Takiego ci zasadzę, że ci tam zostanie ślad po moim łapsku, a uwierz, że to nic miłego, zwłaszcza jak ktoś ma takie wielkie kombinery jak ja, hehe. Szajsung zarejestrował swoim cyklopim okiem parę ciekawych widoczków, wrzucam na dowód, żeby info było potwierdzone

Warto zwrócić uwagę, na opakowanie po ciasteczkowym Danone. Była kiedyś zabawa, „Gdzie jest Wally”. Szukajcie opakowania. Nagrodą dla znalazcy jest lupa, z którą chodziłem jak kretyn na przedstawieniu wieńczącym pierwszą klasę licełum i antylopa – trzy muki i z kopa, hehe. Dla Żanette, żółta kartka, pod kolor zębów Konrada, jak już kiedyś wspominałem, hehe

Koniec biwaku musiał kiedyś nastąpić, więc spakowaliśmy kieszonkowe chałupy. Sam dojadłem soczyste wafelki, które smakowały jak otręby dla konia. Nikt nie wierzył, że zjem trzy naraz i przegryzę, ale udało się, lecz po tym wyczynie zaschło mi w gębie jak po kawale Agi. Rozjechaliśmy się do domów, gdzie wreszcie mogłem umyć się mopem bo po życiu na prerii śmierdziałem bakłarzanem. W domu pokręciłem korbą i włączyłem komputer. Zanim się załadował mój piracki Łindołz położyłem się na kanapie, w celu położenia się na kanapie. Gdybym był simem zaspokoiłbym potrzebę komfortu, ale ja w samych majtkach w krokodyle-dymacze puściłem bańkę nosem i obudziłem się po dwóch godzinach

I właśnie w tym miejscu nasza machina czasu ląduje, drogi przyjacielu, bo piszczy kontrolka, że mało już gazu w butli, hehe. Odbyliśmy razem wędrówkę, do mojego świata – świata chrumkających, niedojonych knurów i beki z wieprzy.

To już ostatni raz, kiedy się widzimy, dlatego chciałbym podziękować w tym miejscu – miejscu, w którym spodziewacie się pajacowatych pozdrowień, ludziom, którzy odmienili moje życie na lepsze, hehe.

Marcin, jako że byłeś największym alpejskim zakrętem, będziesz na początku. Zawsze będę z łezką w oku wspominał wszystkie Twoje wyczyny. Kiedy, pierwszego dnia, wszedłeś do szkoły na prendkości ( co już później nie zdarzało Ci się hehe ) a ja, nie chciałem Ci podać ręki bo myślałem, że szukasz kolegów i witasz się z każdym, hehe. Nigdy nie zapomnę, jak zwyzywałem Cię od kasztanów i gamoni, po tym, jak powiedziałeś, że nasz pokój w Bernadetce jest piętro wyżej, a ja byłem przekonany że jest piętro niżej, i zeszliśmy na dół, ale ty już zdążyłeś otworzyć naszą spłuczkolodówkę i zorientować się, że drink wyparował, a potem obydwaj zajszczaliśmy linolełum ze śmiechu, bo pokój był na tym samym piętrze i nawet specjalnie go tak wybraliśmy, hehe. Wisisz nam wszystkim więcej hajsu niż Grecja Unii Europejskiej. Na matematyce pojawiałeś się rzadziej, niż pryszcze na dupie Dżoany Krupy. Lubiałeś powiedzieć coś, po czym nie wiadomo było czy się śmiać, czy płakać. Robiliśmy Ci wiele niesmacznych dżołków, nazywaliśmy kretynem ale i tak Cię kochamy, szczególnie Ślepy i Konrad, ale ten drugi tylko w nocy, hehe. Zapamiętam Cię jako tego, który nigdy nie wie, czemu się z niego śmieją i o co wszystkim chodzi, hehe

Aguśś, jeśli chodzi o Ciebie, w pamięci pozostaną mi suchary, których nigdy nie rozumiałaś i trzeba było analizować je z Tobą wspólnie, rozkładając każdy wyraz na czynniki pierwsze. Pamiętam, kiedy dla zasuszenia atmosfery chciałem powiedzieć jakiś durny dżołk z Orange. Spytałem Cię, jaką chcesz kategorię: ach te kobiety, zwierzaki, u lekarza czy może kowalski; na co Ty, radośnie wybrałaś zwierzaki u lekarza, hehe. To było mocne, chociaż dla Ciebie wszystko jest ssssłabe. Zawsze wygrywałaś ze mną w co? – jajco. co sprawiało że zimy pot zażenowania ściekał mi po dupie, hehe. Jesteś moim miszczem przebiegłości, po tym jak nie mogąc sforsować drzwi do piwnicy, poszłaś po kartofle do warzywniaka. Styl twojego drajwingu i szybka nóżka, jak mówił Jaro, były obiektem naszych wspólnych rozmów w białej, pedalskiej micrze. Wierzę szczerze, że po mojej anegdocie sprzedanej u zbocza Sarniej górki, będziesz już całe życie wiedziała, że z gówna bata nie ukręcisz, hehe. Ostatnio, z mojej ręki zostałaś Dżedaj, hehe. Zapamiętam Cię jako , która najpierw się śmieje, a potem mówi: nie rozumiem. Kiedy już zrozumie, daje żartowi ssssłabą notę, hehe

Konrad, Fallusie Flavisie, kiedy już usiądę w fotelu, jak będę stary ( i jeszcze brzydszy niż teraz, hehe ), opowiem moim głupkowatym dzieciom, że kiedyś rap w Polsce, służył tylko do kręcenia beki. To Ty pokazałeś mi piękno glamrapu i rapbeki, czym zmieniłeś mnie w hejtera. Od tego momentu juz zawsze będę wchodził na fenpejdże Tomasza Chałwy, żeby pisać komentarze w stylu „RAP DLA GIMBUW HEHE,”, „MEZO NAJLEPRZY” lub „RIP GRUBSĄ [*]”. Od Twoich spodni można było dostać oczopląsu. Jeszcze złote i skompletowałbyś gamę barw liturgicznych. Przez nocne wieczory filmowe, które organizowałeś w lamusach 3g, już nigdy nie wezmę karpia do ust, hehe. Myślałem, że widziałem już w życiu wszystko, ale udowodniłeś mi jak bardzo się myliłem. Wspominał będę z łęzką w oku, podróże zaśmierdziałą ósemką, kręcenie beki z Marcina i wspólne napitki, hehe. Zawsze, jak siedziałeś na fejsie po godzinie milicyjnej sugerowałem się, że „skoro on uważa, że wstanie jutro do szkoły, to i ja wstanę, hehe” – i siedziałem dalej, a ty nad ranem zrobiłeś mje w bambuko i w szkole się nie pojawiłeś, a ja z gałami jak śliwy szprechałem na pierwszym dojczu z Julitką. Zapamiętam Cię, jako tego, który proponuje niemoralne propozycje Marcinowi i przeczesuje swoją blond czuprynę łapami, hehe.

Żanette, wiem, że marny ze mnie tancerzyna, ale nigdy nie umiałaś położyć mi się na plecach, hehe. Kiedyś chapałem się z Tobą niemal do mordobicia, lecz to zmysłowe flamenko na studniówce, połączyło nasze serduszka i od tej pory jesteśmy jak Czip i Dejl, hehe. Pamiętam mój podryw, lecz odrzuciłaś moje zaręczyny na fejsie i wybrałaś serce Ślepego. Na wspólnych baletach byłaś dla mnie tak troskliwa, że zawsze pytałaś czy mam dziś zamiar coś zarzygać. Musi być Ci teraz przykro, że piszę te smutne jak zakończenie roku szkolnego rzeczy, bo zawsze rozmawialiśmy o tym, że już nigdy się nie zobaczymy :< Dzięki za przejażczki golfem, te z baletów, których nie pamiętam też, hehe. I za to że sam mogłem sie nim przejechać, 10 cm do przodu pod karfurem, hehe. Wiem, że nigdy się na mnie nie gniewasz, nawet za wszystkie blaszki, które przyjęło twoje czoło- ba, nawet je lubiłaś, hehe. Jak Gofrowi opadła kopara od tych wysokich krawężników, tak po interwencji Michałka i mojej pomocy, trzyma się do dziś, hehe. Zapamiętam Cię jako agresywnego kierowcę, z zaczerwienionym czołem, hehe

Była Żanette, pora na Ślepego. Ślepy, jak ty miałeś na imię? hehe. Pamiętam jak smigaliśmy do asa z glutem pod nosem, i chcieliśmy mieć już plastik, bo mówiłeś, że pierwsze co zrobisz to wyjmniesz Renatkę z garażu i ruszysz w miasto. I tak było, hehe. Zawsze razem staliśmy w szeregu kiedy trzeba było powiedzieć kilka niemiłych słów Marcinowi, bo rozpanoszył się jak lis w kurniku, hehe. Jako gospodarz baletów klasowych, przed oczami mam widok Ciebie trzymającego w rękach dwie szyjki przezroczystej z pytaniem, komu polać, bo martwiłeś się, że już trzeźwiejemy. Dopilnowałeś, żeby po Twojej osiemnastce, każdy nawalił się jak świnia. W końcu straciłeś zęby dla zabawy, hehe. Dobrze, że szybko dorobili Ci tego mleczaka, bo mogłem radośnie w Twoim imieniu poinformować wszystkich na fejsie, że jak jedziesz rowerem, to masz przeciąg w jamie ustnej, hehe. Dzienki, że pozwoliłeś mi się przekonać, że „Laguna to jest maszzyna”. Teraz muszę przyznać, że Laguna, to jest maszzyna, hehe. Życzę Ci kochasiu, żebyś kiedyś kupił sobie tego mustanga, ewentualnie corsę, hehe. Zapamiętam Cię, jako korzystającego ( cokolwiek to znaczy, hehe ) z zabawy, wiecznie uradowanego kierowcy morskiej Laguny II, nękającego Marcina, hehe

Kinia, zawsze dla mnie byłaś menedżerem Żanety, hehe. Papuzie nierozłączki. Dobrze, że w przeciwieństwie do niej, potrafiłaś dać po garach Gofrowi, który wypluwał kłęby dymu, dając do zrozumienia, że nie wybrali papieża, hehe. Zawsze wiedziałaś, kiedy zamierzam sprzedać blaszkę Twojej psiapsióle, i po skończonym rękoczynie dawałaś mi do zrozumienia, że ten przaśny żarcik Ci się podobał, hehe. Twoje mądre zdanie: „Piwo to nie wódka”, nad którym myślałaś zapewne całe popołudnie i teraz jesteś nominowana do nagrody Nobla w kategorii ‚alkohole’, zasiliło moje ulubione cytaty na fejsikowym profilku, hehe. Dzięki mnie już wiesz co to znaczy być pejoratywnym wieśniakiem. Ostatnia noc na długo pozostanie mi w pamięci: nie bende brał cie, w ałcie, hehe. Zapamiętam Cię, jako szczerzącą się przy dżołkach robionych Żanecie, i nazywającą mnie dziupsonem, ihaaahaaaa!

Michał, byłeś dla mnie niczym drugi Jacyków, bo zawsze umiałeś zrobić ze mnie, dziada – elegancika pierwszej klasy, hehe. Niestety, jestem taką ślamazarą, że nawet nie wiem, że jak się do kogoś mówi, to się rozpina dżaket. Dzięki, że mi to powiedziałeś, ta informacja zmieniła moje życie na lepsze, hehe. I przepraszam, że usmażyłem Ci sprzęgło – ja nie umiem jeździć, muszę się przyznać. Ja doświadczenie złapałem tylko w nid for spidzie, hehe. A prawko kupiłem na Ukrainie. W pamięci zapadły mi nasze rozmowy o pracy, bo jako jedyny wiedziałeś co to znaczy kręcić katarynką, hehe. Twoje epickie powiedzenia takie jak: „kutasa!”, „taaa, osiem!” będę miał w pamięci podczas poszukiwania najcelnieszej riposty, hehe. Dzięki za filmy wysłane na gg, o najkrótszej ulicy i największym silniku, który jak chodzi powoduje wstrząs mózgu interesantów, hehe. Zapamiętam Cię, jako łysego w maździe, która nie jest różowa. Ma kolor ciemnej fuksji, hehe.

Pora kończyć, bo gdybym miał powspominać wszystkich, zeszłoby mi do nocy, hehe. Ostatni będą pierwszymi, jak mawiał Komando Foki, dlatego ostatnią osobą, którą wspomnę, z łęzką w oku będzie…  fanfary proszę, maestro! hehe

…Karolcia, Noguś, hehe. Jedyna osoba, która wie, że coś knułem. To ona psychicznie motywowała mnie do pisania tej czerstwej jak chleb dla konia notki. W pamięci ciągle mam jej wskazówki „prostuj się!, hehe”, kiedy szedłem skrzywiony jak wieża w Pizie z plastikową stokrotką w dłoni podczas prób Poloneza. Pierwsza kobieta, która mnie wykorzystała, hehe. Byłem dla niej lawetą podczas wchodzenia na sarnią górkę. Wspólnie jedliśmy też kolację, która okazała się wyborna. To nie był jedyny posiłek, który wspólnie zjedliśmy, bowiem ma dusza śpiewa Alleluja, kiedy wspominam kanapkę z mielonką, którą jej gwizdnąłem z kolacji. Jedzienie to bezapelacyjnie nasz ulubiony temat do rozmów. Dzień bez gadania o szamie, to dzień stracony, hehe. Wierzę, że kiedyś razem podriftujemy w polu, arabskim koniem bez siodła, bo jazda z mistrzem to moje marzenie. Karolinie, chciałem podziękować, za oszczędzenie wielu nerwów, kiedy Aga znowu nie zrozumiała ( zresztą to nie była już dla mnie niespodzianka, hehe ). Mam nadzieję, że biała czekolada, pójdzie Ci w cycki, dobre dziecko. Rośnij duża. Zapamiętam Cię, jako wiecznie sikającą ze śmiechu, womeen, tak jak podczas poprawy z historii kiedy więcej się śmiałaś, niż zrozumiałaś z moich podpowiedzi, hehe.

We wpisie użyłem zwrotów, takich jak „szczwany™”, „dzięki, że mi to powiedziałeś™„, itp. których prawowitym właścicielem jest Karolina Nogalska

© 2012 Noguś, All Rights Reserved


Trzymajcie się, przyjaciele i pamiętajcie:

Pjersza gje to właśnie my

I nic tego nie zmieni, hehe

:*

Beka z wieprza… i maciory

Witajcie, leszcze barowe hehe

Dawno mnie tu nie było. W tym czasie moje rzycie zmieniło się na lepsze. Nie, nie znalazłem dziewczyny, hehe – po co mi dziewczyna, mam powturzenie z matmy z Pazdro, hehe

Jest godzina za dwie dziesionta, a jak by to ujął mój Guru Ślepy,okienkiem na szluga w zgryzie – jakieś wpół do. Słońce wyszło i powiem szczeże, że mnie troche wkurza, bo świeci mi w monitor i trudno sie ekspi w Metinie, hehe. Na śniadanie wyjątkowo zjadłem, jogurt z biedry bo tylko taki posiłek daje mi natchnienie, hehe.

Ale bluźnie, a kanapka z serem to co, pies? :<

Otrzymuję od was wiele listów: „stary skont ty to bierzesz”, „kocham cie, wyjdź za mnie, hehe”, „lubię placki z majonezem xddd” – to tylko niektóre z nich. Moim sekretem są wieczorne rozkminy z Delmą. Otwieram lodówkę, wyjmuje masełko znanej marki i mówię: ty żółta maślana gnido, rzuć mi jakimś tekstem, bo jak nie to bendziesz mojom zakonskom do sera z keczapem, ehehe. Jak tak sobie myślę ( a nie zdarza sie, hehe ) to mógłbym pisać podręczniki szkolne dla dzieci z żółtymi papierami, hehe. Ale dość tej rozgrzewki i przejdźmy do wpisu właściwego, czyli beka z wieprza i maciory, hehe

5 marca miałem imieniny. Dzięki za pamięć, hehe. Ani wódki ani cukierków, to co to za imieniny, hehe. Tylko oręż pamiętało, dostałem 120 minut do wykorzystania w oręż. Nagrałem się mamie na domofon, a potem flirtowałem z paniom z gwiazdka pieńcet. Mówie jej: chcesz ze mnom chodzić? a ona : jeżeli chcesz sprawdzić stan konta, wybierz jeden. a wtedy ja do niej: nie chce kotku, mam na koncie grube miliony, hehe. Pamiętam jak za małolata poszedłem do chaty smaku, a tam przyszedł taki menelek okoliczny i mówi do tej paniusi za ladą: dobry, poproszz karte Oriona za 2,50. Paniusia obeznana w temacie zrozumiała go bardzo dobrze, chodziło o dwa doładowania oręż za 5 złotych, hehe.

Imieniny obchodziłem chucznie, balet był ostry jak zabawa choinkowa 96′. Tego dnia pozwoliłem sobie na więcej i wypiłem herbatkę z trzech torebek. Bez cukru, tylko dla hardkorowcuw, hehe

Milena i Kasia ( ta od frytek, hehe ), propsy wielkie płynące prosto z serca, na zawsze ZDZ ( zaufaj dobrym Zwoleń ) dla was prawilne ziomeczki, za to że wiedziałyście

W pierwszy dzień rekolekcji zostałem zaproszony na ostatnią wieczerzę u Karoliny. Pierwszy raz miałem okazję przejechać się mazdą, ale zwarzywszy że byłem leszczem a prawo jazdy mogłem sobie zobaczyć na obrazku – tylko na prawym fotelu.  Wbrew oczekiwaniom nie zostawiłem mokrego fotela, hehe. W środku burżuazja – samochód wita pasażera czerwonym dywanem. Radyjko kenłuda gra wesołe melodie, że aż boczki trzeszczą. Lolita – Żoli garsą (Ron Bon Beat Project Remix Edit) to hymn mazdy. Michał jako patrjota śpiewa techno kawałek od (  1:00 do 1:12,, ti ti ti rittii ti ti titi ti ti ti ti, hehe ). Praktuje eko-drajwing – kręci do dziesienciu tysiency. Gdyby miał obrotomierz, zamknąłby licznik, hehe. Jak sam mówi, uczynił ten samochód tak elastycznym że zmienia z dwójki na piątke. Michał wierzy że każdy kierowca jest uprzejmy i korzysta z ich uprzejmości na każdym rondzie, hehe

Karolina miała gości, jej kuleżanki. Wystarczyło że się odezwałem a na ich twarzach wymalowało się zwątpienie w życie i poparcie aborcji, hehe. Niedługo potem poszły i zostaliśmy sami. Czekałem aż przyniesie nam brzęczącą reklamówkę a w niej cytrynową w%dę, niestety zawiodłem się prawie tak samo jak wtedy, kiedy odkryłem że nie ma Mikołaja a zabawki rodzicie kitrali po szafie. W ramach renkopensaty dokonała cudownego rozmnożenia trzech mandarynek racząc nimi cztery osoby i pasztetu firmowego, który jadłem sam z Michałem bo jestem śfynią. Nie upiekło się też mielonce, sporzyłem ją, czym zgwałciłem wszystkie swoje prawa, bo ja tylko ser z keczapem jem, hehe. Oglądaliśmy tego siwego śpiewaka odpustowego i jego durny program jaka to melodja. Nagrody w tym programie są genialne, zestaw „sraczka” – parówki + czekoladki. Walić szkołę, ide to telewizji mamo, hehe.

Drugi dzień rekolekcji spędziłem w ertefał euro agiede. Mama wysłała mnie do kościoła, żebym się gorliwie modlił, ale no niestety, bardziej zainteresowała mnie wyprzedaż telewizorów i ceny złącza euro, hehe. Słuchawki douszne za 239 zeta, no mundre to? W dupach się poprzewracało tym sprzedawczykom od siedmiu boleści, hehe

Dzień kompromitacji nadszedł. Poszedłem do łordu z bananem na japie i patrzyłem na oczekujących. Większość z nich miała minę jakby im zabili chomika i zrobili z niego farsz do pierogów. Siedzieli tam skuci gorzej niż rodziny smoleńskie. Patrzyłem jak jakaś maniura kozaczy łuk tyłem. Za dobrze jej szło, mówiłem uderz, uderz, przestaw pachołek, no dalej, umiesz, hehe. Nie uderzyła, bo to zła kobieta była, hehe. Łysy zaprosił grupę do pokoju numer cztery. Dostałem trzęsiawy, jak menel na głodzie. W poczekalni spoglądał na mnie jakiś młody wilczek i uśmiechał się. W końcu przyszedł jeden szczurek w kurtce wiadomego koloru i łamiąc język w czterech miejscach wezwał mnie do siebie. Poprosił żebym wszedł do samochodu numer pietnaście. Wsiadłem a on urządził sobie ploty z kolegami. Już miałem wyjść i powiedzieć, zaraz zapaże wam naszej ulubionej kawy i wszystko mi opowiesz, k*&$a. Czy jaśnie pan raczy przeprowadzić ze mną egzamin? Jestem jednak cierpliwy i pooglądałem osobistą telewizje a konkretniej gdzie tu są kamery i gdzie martwe pole do manewru koperta, hehe. Wsiadł w końcu, pomruczał że jest Tadeusz Wajcheprzełóż i przeprowadzi ze mną egzamin na kartę rybacką. Pojechaliśmy na łuk ( ale nie tryjumfalny w Paryrzu, hehe ). Jechał jakby chciał zdobyć brąz w mistrzostwach świata w szybkim cofaniu, natomiast ja prawie zdobyłem brąz w gaciach, hehe. Lusterka w tym samochodzie były dojechane jak sandały Mojżesza. Dżojstik poruszał się w 16 płaszczyznach. Ustawiłem lusterka i dzida do przodu, milordzie. Dobrze mi szło i pojechaliśmy na miasto. A tam, oszukać przeznaczenie VII, całą Suchą popylał sobie dziadzia traktorkiem, a tam ni hu hu coś wyprzedzić, bo skończyłbym egzamin szybciej niż polska reprezentacja Ełro 2012. Wjechaliśmy na 1905 roku ( nie, nie cofneliśmy sie w czasie, hehe ). Bałem sie go wyprzedzić, ale egzaminator sapał jak koń po łesternie, także dzida po lewym pasie. Pierwszy raz w życiu coś wyprzedzałem, hehe. Gładko poszło, bo głupi ma zawsze szczenście. Dostałem papiery ( ale nie żółte, hehe ) i złapałem go w zęby bo wiatr hulał jak churagan Karina, hehe. A tam glonojady, mordoszybokleje z łordu już obczajają co to za kretyn. Zreflektowałem, chowając papierek do kielni.

Wracając spotkałem okolicznego menela na przystanku. Chyba mu poszła miska olejowa bo przeciekał, hehe. Był w warzywniaku i zeszczał się w pory. Mam nadzieję że właśnie nie jesz drogi czytelniku, hehe. Chciałem opowiedzieć mu jakiś dowcip, żeby wszystko ładnie wyschło ale nadjechał autobus do piekła w który wsiadłem. W domu lambada, bo syn zdał egzamin, „a samochodu guwniarzu i tak nie dostaniesz, hehe”

Z okazji nominacji Oskara I na króla Szwecji i Norwegii Michał upiekł dziewczynkom torcik. Przygotowaliśmy performęs z petardami w cieście, hehe. Każdy się zajadał tortem w kształcie książki, co po długich przemyśleniach zauważył Marcin. A dupa rośnie, hehe

Może teraz coś o blondynkach. Konrad, bo tak ma na imie, poprosił mnie żebym napisał coś o nim. Jest w szkole rzadziej niż okoliczny żul Mietek w pośredniaku, hehe. Pedagog zamiast listów wysyła mu esemesy, hehe. Na koniec roku będzie miał potrójną naganną bo jest łobuz. Ucieszył się jak koń na paszę na wieść że będzie w szkole kolorowy dzień. Liczy na żółty bo będzie wtedy chodził z zębami na wierzchu, hehe. Rzuca piłką do kosza dalej niż ja workiem ze śmieciami. Chciałby być jak Majkel Dżekson i grać w NBA, niestety nie jest murzynem. Blond i murzyn, to nie chodzi w parze, hehe

Konrad ma też bardzo domyślnych kolegów – pewnej soboty, z braku zajencia ( bo przecież nie będę sie uczył do matury, hehe ) postanowiłem wyciąć jego facjatę i wkleić do chamskiej bluzy erpeka ( taki motyw hip hop, hehe ). Kolega widząc to zaczął pytać za ile bluza kupiona, bo też chciałby zrobić z siebie dresa w kółko golonego. I teraz nie wiem, czy jestem Bogiem fotoszopa, czy kolega ślepy, hehe

Prosiliście żebym skomentował przygotowania Marcina do matury. Jego przygotowania mają sie tak, że kupił już czerwone majtki na szczęście i jeździ laguną w której nie otwierają sie drzwi od środka, hehe. On ma tyle zainteresowań. Bieganie, piwo z kolegami, nocne tripy. Gdzie tam czas na maturę, hehe. Ręczny przenośnik materiałów sypkich czeka bracie, hehe

Za tydzień jakiś turniej w piłce nożnej. Ja to wiadomo, podaje bidony, hehe. Chłopaki mają szanse na złote kalesony, bo przecież jest Adam Ronaldo i Michał Ochłapiarz a takrze Rafał Wyciongacz. Rufi wchodzi na boisko i niszczy przeciwnika technicznie, już samym spojrzeniem. Myśle że z zawodów przywiozą co najwyżej strupa na czole i pamiątkowe zdjęcie oraz uścisk dłoni ojca. Gdyby były zawody w piciu, to inna bajeczka, hehe

Tak jak z kolei prosił gołomb, teraz będzie przepis na kanapkę z chlebem. Do wykonania tej spożywanej już w XV w. szlacheckiej potrawy, będzie wam potrzebny, ku waszemu zaskoczeniu chleb. Chleb kroimy łokciem w cienkie plasterki grubości około 5 centymetrów. Kroimy ponownie jeszcze jedną kromkę. układamy kromki poziomo, jedna na drugiej. Kolejność układania nie ma większego znaczenia, chyba że ktoś ma krzywe łokcie i ukroił kromke grubości wału korbowego od Jelcza. Wuala, gotowe. Potrawę najlepiej podawać z chlebem. Można kombinować z rodzajem chleba, świeży, suchy, czarny, zielony czy bułka tarta, wszystko zależy od waszej kreatywności, hehe

Nauczyłem się że Farez Karoliny, to kawalier king czarls spaniel o umaszczeniu trikolor, hehe. Idę na kynologię bo interesuję się psami, a psy interesują się mną – mam siedem listów gończych, hehe. Ale ty znasz sie na psach jak szwagier na remontach i jak widzisz owczarka szkockiego koli to krzyczysz: Lessi wruć, hehe. Karolina bardzo gorliwie namawia mnie na karierę sędziego na wystawach psów. Jest jedzenie, jest picie, jest spanie, jest 50 zeta, hehe. Rzyć nie umierać, od razu bym wydał na głupoty. Jakbym był sendziom to wygrałby pies który reaguje na hasło: leć po browary a do tego skakałby do klamki żeby się wyprowadzić na spacer + komenda : lachon idzie, prezentuj sie, hehe. Byłbym wtedy obiektem porzondania, a tak niestety zostaje mi tylko renka. Z tego co czytałem, pies Karoliny zamiata konkurencje jak ja gumolit w kuchni, hehe. Wielokrotny medalista, mistrz Polski i innych kontynentów. Gdybyś powiesił sobie na szyi wszystkie medale które oni dostałli chodziłbyś zgarbiony jak dzwonnik z noterdam, hehe. Dziewczyno, teraz mocz mu łapy w farbie olejnej i niech rozdaje autografy, bo odkąd wspomniałem o nim tutaj będziesz miała tyle listów na chacie, że rumun by miał opału na cały rok. DA – Dobroduszny Adrjan, hehe

W czwartek spotkał mnie zasczyt wielki jak szelki, hehe. Żaneta w zamian za posmarowanie za jej egzamin postanowiła mnie odwieźć do domu. Aż wyjąłem wszystkie modlitewniki w domu. Pomodliłem się do wszystkich Bogów a nawet do złotego kota. Dałem na radio. Wsiadłem. Myślałem że wyjadę like a boss, ale nie, bo było tam za dużo twarzy i Golf stanął w miejscu. Widać że dziewczyna jest dobra w paleniu gumy, bo sprzęgło nie ma z nią lekko, hehe. Nawet nie wiecie jaki z niej frustrat, jedno skrzyżowanie to jedno przekleństwo, hehe. Pilotem Żanety jest Kinga, która służy do: a) trudnych manewrów, b) podpowiadania, c) wrzucania wstecznego, hehe. Dobrze że łysy tego nie widział, bo co prawda, zajechałem golfem czwórką pod rechabilitacje, no ale dziunia nie zredukowała i wbiła na trójce. Gofer wtedy pomyslał – pies w dole, nie jade, hehe. Pomyślałem że nie ma to jak menżczyzna za kółkiem, bo jeszcze chwila i musiałbym zmienić majtki.

Znowu był motyw tortu z petardą, tym razem dostała go nasza kochana soreczka, co jest przeciwko ankietom, hehe. Na swoje ( dwudzieste któreś, hehe ) urodziny dostała też zaproszenie na tajski masaż stopami, ucieszyła się, bo jak mówi – zawsze o tym marzyła, chociaż nie wiem co w tym fajnego, jak ci żółtek chodzi po plecach, hehe

Ten co niedowidzi i ma nieaerodynamiczne zęby poprosił mnie żebym z nim hasał po urzędach jak jednorożce po tenczowej krainie. Poszedłem, żeby na kozaka odebrać plastik w przyszłości. Właściwie to pojechaliśmy, bo czołowy drajwer czołgista Ż. prowadziła szarą rakiete. Tym razem było spokojniej, w ciągu całej trasy naliczyłem tylko 14 przekleństw, poza tym jechaliśmy na wyłączonej wycieraczce z tyłu, hehe. W samochodzie było dwóch podpowiadaczy. Ślepy w ramach podziękowania narysował jej na klapie to, co przeciętny uczeń gimnazjum rysuje drugiemu w zeszycie, hehe.

W urzędzie lataliśmy od okienka do okienka jak menele proszący o ratunek%. ( co ja z tymi menelami tak dzisiaj? hehe ) Ślepy sam się przewalił ale w końcu dostał upragniony plastik, Zadowolony dostał aldzhajmera, otrzymał błogosławieństwo Michała i został dopuszczony do Madzi. Przez paskudną chorobę zapomniał ile jeździmy po mieście, dusząc ile fabryka dała, hehe.

Następnego dnia, korzystając z nieobecności taty, na kolanach ubłagał mamę o Lagunę. Zalał za czterdzieści złoty i to nie gazu, hehe. Wraz z Michałem zaproponowali mi wycieczkę krajoznawczą. Pierwszym przystankiem był Szczwany Marcin, któremu fryzjer wyciął mocarnego grzyba na głowie. Podobno przerwaliśmy mu naukę. Bicz plis, chyba naukę relaksu, hehe. Następnym przystankiem było: DO NOGUSIA!, jak to wykrzyczał pełen entuzjazmu Michał, ( ten co ci kibel przepychał hehe ). Ślepy jak przystało na fafarafę zaparkował tyłem. Mieliśmy dobry luk na klatkę Karoliny, wyskoczyła z niej jak Filip z konopi, hehe. Kręciła głową w te i wewte, szukała, mierzyła wzrokiem, a tu psikus, bo ślepy dzisiaj francuską dorożką zajechał, hehe. Poczułem się swojsko kiedy drzwi z tyłu nie otwierały się od środka, hehe. Spryciarz Marcin znalazł na to obejście, odsunął szybę i chwycił za klamkę. A wszystko dlatego że zawiało sandałem i zrobiło mu się goroco. Beka z wieprza.

Karolinę odstawiliśmy do bazy, hehe. Tam gdzie mieszka, byłem tylko dwa razy. Raz, dziwnie się czułem% i wspominam to ruwnie dziwnie, a drugi raz wczoraj, hehe. Przecież tam są te domki z nutką, hehe. To tam, codziennie po 22 w wakacje odwoziliśmy jednego kolegę z pracy, któremu bardzo chciało się pić, hehe. Sprzedawcy z monopolowego obok ataf szopu kiedy go widzą przybijają mu piątkę. Zostawił im w kasie więcej pieniędzy, niż twoja babcia kitra w skarpecie, hehe.

Następnym przystankiem był dom Marty. Fajną ma chate, nie powiem, hehe. Niestety nie miała w domu śrubokręta, a szkoda, bo dziewczyny tak kręciły dupą że im z zawiasów wyleciała, hehe. Nie no, to oczywiście żarcik, fajny nie? hehe, ale wengiel. Dobrze że Michał ma w domu zestaw Boba budowniczego, bo był nam potrzebny na gwałt. To znaczy nie to że my gwałciciele, hehe. Szybko musieliśmy to mieć po prostu, hehe. Wytargał jeszcze tytytyryki, trytytyki, tytki, trytetytki tratytki OPASKI ZACISKOWE, które okazały się zbawienne jak oranżada w proszku dla spragnionego, hehe. Chociaż jak wiadomo, bez młota to nie robota, hehe. Tak czy siak awaria została zażegnana przez fachmanów i paaaani, bedzie hulać jak ta lala, hehe. Ofiara była bardzo wdzięczna, w zamian za pomoc usłyszałem: zamknij japę!, hehe. Bo śmiałem się jak kretyn z czyjegoś nieszczenścia. Bo ja wesoły chłopak jestem, nawet jakbym wjechał ojca samochodem w dżewo, z kierownicą wbitą w głowe i znaczkiem opla na czole ( wir lliben ałtos, hehe ) wyszedłbym na zewnoncz i ośmiał sie jak napalony kojot w okresie godowym, hehe. W tym czasie paliłaby mi się dupa, ale co tam, hehe.

Ślepy jako bardzo doświadczony drajwer, co zjadł zęby na polskich drogach, fruwał Laguną. Rakieta nie samochód – odpalanie na guzik. Bioły ma takie coś w maluchu, hehe.  Urządzili sobie pojedynek ropniaków z Michałem w pożyczonym golfie. Bo jak wiadomo laguna dwójeczka kombi i golf czfureczka to rasowe auta sportowe, hehe. Pełne uznanie dla Michała, za zakrętem wykrzesał z hansmobilu 120% mocy. Ślepemu pozostało tylko klaskać uszami i wąchać zapach jak po pieczonych pączkach, hehe.

Dla Kamila to był koniec kariery kierowcy na dziś. Odstawił renuweczkę, poszedł na górę i całował mamę w sygnet oddając jej pokłon, hehe. Miał zrobić 30 kilometrów tego dnia, niestety przesadził o jakieś 150%, zrobił 80, hehe. Wróciliśmy na maka, ale nikt nic nie kupił. Tej nocy zarobił tylko żul Janek ( no znowu o menelach, hehe ) i to jednego złotego, hehe. Gdyby podszedł do mnie zarobiłby indiańską blaszkę z pięty w czoło, hehe. I tak nie wypije zdrowia Michała, bo wiadomo, oni na chlebek zbierają, hehe.

Mama bardzo płakała i chłopaki odstawili mnie do domu. I tak miałem już dość wrażeń na dziś, hehe, żeby skończyć ten wpis potrzebny jest jeszcze dział pozdrowień, jeeeeeeeeeeeeeeaaaaaaaaa

Pozdrawiam Karolinę dalej zwaną Nogusiem. Karolina lubi kiedy kręcona jest beka z wieprza i maciory. Ma talię lepszą niż Klałdja Szifer. Powiadają że z Hani Akord wyciska ostatnie poty. Za pewnie się czuje w samochodzie, hehe. Chciałaby pojeździć na rondzie driftem bokiem, albo traktorem po polu. Tylko ona rozumie projektantów Reno i potrafi zapiąć się pasem środkowym z tyłu. Uczy się biologii, co jest niezrozumiałe nawet dla naukowców z NASA. Jest dobrym gospodarzem, bo dzieli się kolacją. Zna i rozumie wszystkie seriale telewizyjne. Wie o co chodzi w „komisarzu Aleksie”. Oprócz blynów i makaronu z tłuszczem i skwarkami preferuje pierogi mamy. Od czasu do czasu lubi wygrać ze swoim trikolorem jakiś psi wyścig, czy inne zawody hehe. Jest profesjonalnym tłumaczem sucharków na język Agu$$iowy. Ma uraz z dzieciństwa po tym jak jakiś dziad nazwał jej składzior szarańczą. W piwnicy oprócz ogórków i kartofli trzyma składaka, najpewniej wigry trzy, hehe. Brawa dla niej, owacje na stojonco, patrzcie, nawet kulawy klaska, hehe

I jeszcze jedna partia pozdrowień dla… Ślepego! Tak, właśnie. Dla swojej boskiej ksywy porzucił imię i nazwisko. Kamil wymyśla nowe pukemony i daje im wulgarne nazwy. Całe życie kręci bekę z Rufiego, pirata z Dombrówki. Lubi się nie ogolić, wtedy wychodzi na jaw że ma rudą brodę jak sierść z dupy lisa. Zawsze w piątki spożywa alkohol. Profesjonalnie jeździ po ambicji swojemu koledze od kuflowego mocnego, Marcinowi. Oprócz jazdy po ambicji, czasem siada za kierownicą Laguny, bo jak sam określa, „to jest maszyna”. Chciałby mieć Czalendżera, Czardżera, Mustanga albo innego Żuka. Jego śmiech słychać na Glinicach. Dba o bezpieczeństwo pasażerów: „zzzzapnij paasy bo pan mandat zapłaci, hehe”. Wychodząc z Madzi lubi zrobić salto ze śrubą i hyc o beton pomagając sobie pasami. Jego akrobatyczne zdolności innym razem pomogły mu pocałować zębami parkiet u Grubego. Książe Kamil jest obrażony na cały świat, szczególnie foch z przytupem i melodyjką na Karolinę, hehe.

Nie wiem czy może ktoś ma takiego zeza, że jednym okiem czyta wpis a drugim patrzy na duł strony, ale jest tam spis blogusiów dla soreczki. Niektórych ohszcziłem, hehe. Kolejnośc jest przypadkowa, także bez gadania: oooo jestem pszy końcu to mnie mniej lubisz ;< I co ja teraz zrobie, pod pociąg sie położe, ale nie przejedzie mnie, bo… hehehe. Kolejność jest przypadkowa, jak wynik zadania na sprawdzianie Marcina Zdrala z matematyki, hehe.

Paczcie i podziwiajcie ile to się działo, hehe. Moje szacunki były idealne, bo właśnie zahaczyłem o jakieś 3070 słuw. Mam nadzieję, że czytając moje prawdziwe wypociny uśmiechneliście sie ukradkiem chociarz, hehe. Dzienki za wsparcie i czułe słowa: „pisz tego bloga debilu”, oraz spamowanie mi na fejsiku „kiedy nowy wpis :<” hehe. Dziś już koniec, si jusun.

Ariwederci!

Voyage, voyage

Ale za to niedziela, ale za to niedziela, niedziela bendzie dla nas, hehe. Po krótkiej nieobecności postanowiłem że wyleje wam troche mojego rzalu w wersji internetowej

Miałem w nocy sen adekwatny do mojego poziomu inteligęcji, hehe. Byłem w dziwnym miejscu i była tam jakaś gwiazda, ( wiecie, nie taka z nieba, hehe, taka z telewizora, jak np. Rafał Mroczek, Jola Rutowicz, Czesław Śpiewa, hehe ). Była też jakaś zakompleksiona szesnatska z notesikiem autografów gwiazd. Szesnastka podchodzi do tej gwiazdeczki i pyta: mogłaby pani mi dać autograf? A tamta ślamazara nie wiedzieć czemu, zamiast napisać coś od siebie zaczęła przeglądać ten gejowski dzienniczek. W końcu trafia na podpis Ani Wyszkoni  ( tego rudego szczura co narcyz sie nazywa, hehe ). I potem coś takiego: Ojejku a kto to się tutaj podpisał? Ania Wyszkoni? wtedy nie wytrzymałem, bo też chciałem zacny podpis gwiazdeczki i mówie: nie, Pavarotti, k^&$a. Miszcz ciętej riposty, nie ma co, hehe

Gdybym miał napisać co robiłem w niedzielę, zostawiłbym puste miejsce, hehe. Niedziela kojarzy mi się tylko ze słońcem świecącym w monitor i programami o życiu seksualnym węży na tefałpe 2. Mój ojciec jest wielkim fanem Krystyny Jandy Czubuwnej, zawsze ogląda programy o zwierzątkach, a potem chrapie jak stary borsuk. Kiedyś wpuścił jehowych na chatę i nawet ich zanudzał tymi durnymi programami. Jedna z nich chciała wykorzystać ten fakt i pyta: lubi pan oglądać programy o zwięrzątkach? bo Bóg… bla bla bla, jak to ci od kociej wiary. Jak będe duży, kupię sobie wiatruwkę a lufę wystawie przez otwór po Judaszu i włoże im do oka, a potem strzele, hehe

Siedziałem sobie, grałem w drajwera, gadałem na skajpie z Mileną, a tu nagle wpada mój ojciec z tekstem: micha! Pewnie myślisz, że to do psa drogi czytelniku. Nic bardziej mylnego!!!!!!11 Tak w tym domu woła się na obiad, hehe. W tym momencie zrobiłem się bardziej czerwony niż Rufi oblany keczapem, do tego stopnia że wyłączyłem mikrofon i poszedłem zagryzać schaboszczaka

Wieczorem jeszcze skoczyłem do kościoła, w intencji ślepego. Zdyszany wpadłem w połowie mszy i usiadłem obok jakiejś blondi z rozwydrzonym bachorem. Podczas Ewangelii ksiądz Robuś ciamajda zrzucił z ambony książke i tak sobie leżała, a on ją tylko deptał jak kibice Widzewa kibiców ŁKS, hehe. Myślałem że spróbuje podnieść, ale ni hu hu. Kazanie przelatywało przez moją głowe, jednym uchem wpadało a drugim wypadało. W pamięci zostało mi tylko jedno zdanie:

…przypomnijmy sobie nasz ostatni włajaż, czy to w górach, czy nad morzem

To se przypomniałem włajaż, ale nie ten co trzeba, hehe 

Wróciłem do domu. Czułem że ślepy dostał moje błogosławieństwo. Z nadzieją, że na jutro nic nie ma, ( bo biologia to tam sie nie liczy, hehe ) poszedłem spać.

Dzisiaj tylko tyle, bo o wenę sie przecież nie modliłem, hehe

Do kiedyś, hehe

Przygarnij Mégane

Siema!

Wiem że mnie kochacie. A ja was nie, hehe. Dziś niedziela i jestem w plecy dwa wpisy, a że jestem pedantem ( nie mylić z pedałem, hehe ) postanowiłem że codziennie będzie tu jakiś wpis w stylu „beka z wieprza”, hehe

Wstałem rano i nic nie robiłem, oprócz pisania dla was i gry w drajwera san francysko. Na śniadanie zjadłem cztery kromki chleba z Wacyna ( mała wieś pod Radomiem, żaden GPS jej nie wykrywa, hehe ), ale nie jak się domyślasz riderze – z serem. Z serem i szynką. I keczapem. Po szlachecku, hehe. Na obiad był rosuł, mama wołała ale nie chciałem. A potem przeżyłem zawód rzycia, jak wieczorem chciałem sobie zjeść z kluseczkami a tam ani kluseczek ani rosołku :( Dobra, już może starczy o tym jedzeniu bo mi wpadniecie na chate szabrownicy i wyniesiecie puł lodówki, hehe

Powoli zaczynam trząść gaciami kiedy myślę o wielkiej kompromitacji w piątek. A kolegę ślepego ( i nie tylko takiego, hehe ) czeka to już jutro. Wieczorem pomodlę się za niego, bo jak zda, ma wypić za moje zdrowie, szlachetnym przezroczystym trunkiem na najbliższym balecie. Ja mam układy i wiecie- za kogo się pomodle to powodzi mu się w życiu. Słucham radyjka i znam numery kont bankowych na pamięć. W testamencie zapisze spadek tylko na radio. Nigdy nie głosuje na Tuska, hehe. A tak swoją drogą, popatrzyłem w mój zaczarowany kalafior i widzę przyszłość. Ślepy gratuluje zdanego egzaminu, szkoda tylko że miałeś jeden mały błąd przy skręcie w lewo, hehe. Czekam na Tour de Radom Laguną mamy

Kiedyś to wszystko było prostrze. Tata opowiadał mi, jak to w 87′ miał do wyboru egzamin trzema ekskluzywnymi autami, takimi jak: Polonez, Duży Fiat, albo Maluch. Przyjechał na egzamin motorem. Wybrał Poloneza, bo ten dawał najwięcej lansu. Wyjechali w trasę egzaminacyjną. Była zima. Mroźny wiatr wiał po majtach. Marcin mógłby powiedzieć, że wtedy to dopiero mroziło mózg. Egzaminator po krótkiej wycieczce po mieście powiedział: eee, dobra synek, wykrenć przed tym garażem i kończymy. I prawko w kieszeni, hehe. A potem jeszcze zdawał kategorię A, w tym przypadku miał za zadanie przejechać ósemkę po placyku. I dzienkuje dobranoc, koniec egzaminu. A ty nażekasz że masz trudno, hehe

Po tych gorzkich żalach, że nie urodziłem się w czasach kiedy zomo robiło wjazdy na chatę i gumową pałą biło po piętach, pora na ogłoszenie sprzedaży, hehe. Bo może ktoś z was kupi Reno Megan klasik, limuzyna, rocznik 1997, 1.4 bęzyna + GAZ!!!!!!!!1111111111, full opcja bez skóry, progów i uszczelki pod głowicą, hehe. Są właśnie lekkie oznaki rdzy na progu, co widać na foto:

Wystarczy zrobić lekkie zapraweczki, nic nie stuka nie puka, lać i jeździć, hehe. Tylko że auto ma jedną wadę na tą chwile - nie jeździ. hehe

Po tych ogłoszeniach duszpasterskich, wróćmy do kroniki. Po paru meczach w pirackiej fifie 11 z kolegą Danielem, myslałem że dzień dla mnie już się skończył. Spojrzałem w lustro i stwierdziłem że wyglądam jak pół dupy zza krzaka i nie będę z siebie dziada robił, poszedłem zgolić ten dziewiczy wąsik. Potem przyszedł czas na mycie. Pech chciał że w tym czasie ekipa z różowej mazdy robiła rozpoznanie po mieście.Nie wyszedłem do nich i relacji nie będzie, hehe. Poszedłem spać. Sobota była skończona, jak kariera Grzegorza Lato w PZPN, hehe


Pozdrowień dziś nie ma, hehe.

Do zobaczenia kiedyś, Z poważaniem,

Czerstwy Suchar

Kroniki ciąg dalszy

Pionteczek! Fak jea

Wstałem kulturalnie, jak człowiek, na lekcje o 5:50. Naprawdę miałem zamiar iść na tego niemca!!!!11 Nie udało się. Ale mi przykro, hehe. Mama nie protestowała, nie ma planu. Ale kompletna bonanza dzieje się w czwartki; kiedyś poszedłem na wagary, wyszedłem z domu o usmej a powiedziałem, że mam jazdy z Jarem, hehe. Ale ze mnie lisek chytrusek, prawie jak Rufi koks fajerfoks, hehehehe

Ale fakt faktem, czekają mnie jazdy. Właśnie dzwoniłem do J. i powiedziałem mu że w piątek jade pośmigać srebrną pienciodrzwiówką dla odmiany, bo dla mnie prawko to tylko formalność, hehe. Jaro zgodził się na dwie godzinki w czwartek i jedne w piątek przed całą tą imprezą. Będzie beka z wieprza, hehe. Macie chodzić na rekolekcje wszyscy i modlić się a jak nie to nie pisze bloga i foch z przytupem!!!!!!11, hehe

Tego dnia nie miałem niemieckiego w planie, ale poszedłem na matematykę ( nie to co niekturzy ) a tam lipa bo musiałem spisać zadanie szóste od koleżanek a potem jeszcze raz zrobić to na tablicy. Poszedłem na cwaniaka bo mi nawet dobrze wyszło, a nie zdarza sie, hehe. Bardzo mnie motywuje do nauki ilość zadań pracy domowej, po prostu jestem wniebowzięty, łikend z matematyką to lepsze niż wczasy na bachamach i picie drinkuw z palemką. Wezne spisze jak zwykle, bo Abitur woła żebym zajrzał do geografji i nie mam czasu na głupoty, hehe.

Na włefie zostałem czołowym defensorem - stoperem, bo nie latałem na ochłapy jak cała drużyna, a broniłem tyłuw i wspomagałem gołembia, który w tym meczu wyjmował piłke jak cygany ciuszki z pojemnika PCK. Drużyna przeciwna miała ujemny procent celnych strzałów na bramke, hehe. Leci taki jeden z drugim, a zez taki że jak płaczom to im łzy po plecach ciekną. Hasło przewodnie meczu, gramy dla przyjemności; „Zdral, ty cioto”, „ślepy debilu”widać że między chłopcami panuje przyjaźń i wzajemny szacunek, ehehe. Po tym boju o złote kalesony i żuka z kierownicą po prawej stronie, schodzimy się do szatni, gdzie każdy sobie wybacza. To takie szlachetne, a jakie religijne, hehe

Byłem zaskoczony wspólnym angielskim. Myślałem że druga grupa podzieli się z nami wiedzą i nauczy nas paru piosenek Abby, hehe. Po tej lekcji moge stwierdzić, że mieszanka Michała, Ślepego i mnie w jednej ławce nie jest zbyt dobrym pomysłem. Brakowało racuszka, na którego szczeliłem z ucha, niestety bez reakcji soreczki kochanej. Kiedy czułem, że powoli zaczyna mi cieknąć nogawką, a Michał wyglądał jak wódz plemienia indiańskiego „czerwona morda”, pojawiło się zadanie o treści:

Jesteś na wakacjach zorganizowanych przez bióro podrurzy. Napisz pocztówke do kolegi z Wągrów Wengier Węgier. W treści pocztówki:

  • opisz osoby z kturymi jesteś na wakacjach
  • poinformuj, gdzie macie kanciapę
  • napisz jaką nietypową usługe otrzymałeś gratis

Wtedy już nie wytrzymaliśmy, bo Michał w piekny sposób, gestem, zaprezentował jaką usługę otrzymał, hehe. A potem, palił frana, spytany odpowiedział że ogolili mu brodę za friko, hehe. Przecież każdy kto go zna, wie że brody by se nie dał ogolić w życiu i nigdy bo jak to robi to nie chcą mu sprzedać browara w pobliskim spożywczaku, hehe

Na polskim z lekka przypał, bo praktykantka odkryła że prowadzi lekcje z gamoniami i nikt nie czyta opowiadań. Jak nie, Marcin czytał, ale dzieci z Bulerbyn, to jego ulubione, hehe. W każdym razie sorka wpadła do sali jak milicja na chate za komuny i zrobiła nieoczekiwany sprawdzian z pytaniami jak dla debili. Z bólem serduszka muszę przyznać, że nawet takie to dla mnie za dużo, hehe. Sorka musiałaby zjechać windom do kopalni, żeby być na takim poziomie intelektualnym jak ja. Kolejna jedynka bedzie – uczeń bez jedynki to jak żołniesz bez karabinu. Panowie, idziemy na wojne, mam pokaźny arsenał, hehe

Na przerwie nie udało mi się wytłumaczyć gwiazdeczkom o co chodzi w tej bece z wieprza. Ale beka z wieprza i tak, hehe.

Chodzi o to, że jest taki gruby raper, taka faja, Tede. Wygląda jak wieprz. Pewnie kiedyś, na jakimś forum, pewien gimbus – czyli uczeń gimnazjum, rzucił tekst – beka z wieprza. Wkrótce potem ten beznadziejny zwrot opanował internet tak samo jak kiedyś – żal.pl, krzychu kadetem tera, czy ale urwał! Jest nawet taka koszulka, świnia z środkowym palcem i napis beka z wieprza – kolor czarny, jak wstukasz w google to zobaczysz murzyna w niej, a na alledrogo jakiś dzieciak sprzedaje jedne sztuke, ale ja bałbym się kupić bo wiadomo, może miał grzyba pod pachami, bo cena jest podejrzanie niska, jak cena zielonych parówek z constara, hehe

Wychowawcza minęła szypko, musiałem niestety wytłumaczyć klasie na czym polega wada cewy moczowej nerwowej. Bardzo pomógł mi Marcin, nic nie zrobił. Wiedział tylko, że żeby uchronić swoje dzieci przed jego bezmózgowiem, musi jeść dużo sałaty. Z chłopakami uzgodniliśmy że będziemy grać w kol of djuti cztery na piratach bo nie stać nas na takie szlachetne gry, hehe. Plebs gra w sapera

Po szkole poszedłem do siedziby pewnej szkoły jazdy na Kiriskłodoskiej ( ta co promieniuje szczęściem, hehe ). Bardzo pomogła mi moja orientacja w mieście, ponieważ dotarłem tam obwodnicą, hehe. Zdyszany wpadłem do biura, a tam ta ruda laska piegowata pyta w czym mi może pomóc. To ja wyjełem zbiur od matmy i mówie żeby mi zrobiła trzynaste z gwiazdką. Nie no, żartowałem, hehe. Mówie że chciałem se doszkalające wzionść, na co ona: to trzeba było do instruktora iść. No myślałem ze zdejme laczka z nogi i jej lutne z obcasa w oko. Żeby nie być stratnym, bo to była życiowa wycieczka – ( zwykle chodzę do lodówki po ser i keczap najdalej ) spytałem czy mogę zostawić te moje dukaty, na co ona się zgodziła. Kupiłem trzy godziny, jak już uważni riderzy wiedzą. Wyszedłem. Popatrzyłem jak wracają do domu chamy z ZSS. Naprawdę mogę stwierdzić że niektórzy mają ojca sapera, bo mordy twarze jak niewypał, hehe. A tu nagle patrze, idzie znajomek z czasów gimnazjum. Nie chciało mi sie z nim gadać, no ale pech chciał że wsiadł w ten sam autobus. Spytał mnie skąd wracam, ja mówie że z pewnej szkoły jazdy, bo robię prawko. Na co on, ze zdał 9 lutego, do tego ma na motory i kupił niedawno motór Jamahe sześsetke za trzy tysionce. Mobilny demotywator. Sam autobus do pewnego momentu był spoko, ale przy galeryji z logiem polszmatu, wsiadło pełno buraków i z autobusu zrobiła się szóstka.rar. Jechał ze mną jeszcze mój jeden ziomek od serca, wysiedliśmy w połowie okulickiego i kupiłem sobie znaczek pocztowy do miesięcznego, żeby znów nie zwiedzać biura agencji reflex na wałowej, hehe

Wieczorem jeszcze usiadłem w kącie, z moim szmelcsungiem, na kradzionym WiFi,  prowadząc rozmowy z ośmioma ludźmi naraz. Z każdym na inny temat, od czego dostałem zakrętów na mózgownicy. Urzekł mnie Ślepy, który zdawał relację ze ściągania ukochanego kol of djuti, nawet po tym jak uznał mnie za frajera, bo kolejny raz tego dnia strzeliłem z ucha Żanecie. Po tym wydarzeniu już nic się nie działo, poszedłem spać przed dwudziestom drugom, co nie zdarza się w przyrodzie, bo zwykle o tej porze myślę o wzięciu sie za nauke na nastepny dzień, hehe

Piątek sie dla mnie już wtedy skończył, bo śniłem już o tym, że mama wysłała mnie po masło do sklepu. True story

!مع السلامة

Kolorowe sny

Witajcie,

Po wielu listach od czytelników postanowiłem że jednak pojade z tym koksem dalej, hehe

Czwartek był nudnym dniem, więc jeśli nie chcesz osiągnąć poziomu zamulenia bagna idź włącz tiwika bo właśnie leci Moda na sukces i może nawet jeszcze złapiesz ten moment jak Ridż zdradza Bruk z córką stryjka jej wnuka, a może akurat to będzie odcinek o tym jak woda się gotuje w czajniku? hehe. W każdym razie zaryzykuj bo na czwartek nie przygotowałem nic ciekawego, bo i dzień był ssssssłaby jak dowcipy w jedynym słusznym radiu w oczach Agu$

Skoro zaczęliśmy tak religijnie, pomódlmy się. hehe żartowałem. Zacznijmy od opisu szkolnego dnia czwartkowego, a konkretniej religii. Zjazd łysych, czyli ten, co wygląda jak talib i ten drugi, któremu słońce odbija się od czupryny. Obaj pewnie szorują głowę Cifem, – bo nie rysuje powierzchni, hehe. Wszedł i żalił się, jakie to ładne dziewczenta u nas w klasie, bo on to same pasztety jakieś uczy. Konrad wspomniał jeszcze mi po lekcjach, jaką ciento riposte sprzedał jego siostry koleżance ( czy jakoś tak, nie wnikajmy w znajomości Konrada, hehe ), kiedy ta chciała zagrac Maryję w jasełkach, ksiądz brodacz powiedział: eeee, córuś, nie da rady, hehe, Maryja była dziewicą. Ten zonk na jej twarzy był pewnie bezcenny. Przychodzi taki ksiondz – kozaczek, a za dwa tygodnie leci do konfesjonału i : Wybacz mi Ojcze bo zgrzeszyłem ;<, hehe

Matmy nie było, za to był włef. Spędziłem go na korytarzu z Rufim, hehe. Miał repetytorkę z polskiego, ale więcej słuchałem swoich mózgotrzepów niz patrzyłem co tam fanzolą w tej książeczce, hehe. Co mnie obchodzi, ze Tuwim zakładał jakieś kółka rybackie sto lat temu, heehie

A zaraz miał być sprawdzian z polskiego. Jak zwykle miałem autozaciesz, a jeszcze jak spojrzałem na Zdraluszka, nie mogłem wytrzymać. W głowie miałem: kolorowe sny kiedy ja, dotykam cieeeeebie i tego tańczącego pajaca z mocarnym blond grzybem wyciętym na bani, hehe. Kiedyś to była moda, adidaski, szerty z głupim napisem, dżokejki, hehehe

Marny czwartek, el sucharo padł, hehe.

Zapraszamy ponownie później

Koperta

Nie mam za dużo czasu, bo przecież wypadałoby sobie powturzyć coś z polskiego, dzisiaj kartkuweczka, ale – chrzanić to, hehe

W środę już na dzień dobry, beka hehe. Opowiedziałem żarcik chemiczny – co mówi chemik, jak sie uderzy? – Au. Brawo dla sorki która zrozumiała że żart jest chemiczny po minucie – bo przecież on kszyczy złoto złoto, hehe. Agnieszka Przybylska ma podobny czas reakcji na suchary, hehe

O historii to nawet nie ma co wspominać, poszedł sobie sor na kawunie i po gazetke i go nei było pół lekcji, w sumie to mi sie podoba, chociaż nie widze różnicy, czy on jest w sali czy go nie ma, hehe

Byłem przy tablicy na matematyce. Miałem zadanie na poziomie dla idiotów. Los wiedział do jakiego mnie wybrać, hehe. Nawet takie, dla kretynów wręćz sprawiło mi problem. Ale prawem plemienia dostałem po nim immunitet i olewka do końca lekcji, hehe. Żebyście widzięli potem Marcina, jaki on szczęśliwy, kiedy dowiedział się że sorki jutro nie będzie, bo wyjeżdża na ekskluzywną wycieczke do miasta, hehe. Moja była nielepsza, to jest mjut dla uszu

Na włefie zagraliśmy gorzej niż reprezentacja polski w piłce wodnej, biegają takie szczyle, jednemu z drugim sie glut z nosa leje, kopanina jak na polu kartofli. Przegraliśmy bo ten w niebieskich majtkach miał szybkie buty. We wszystko z nimi przegrywamy, nawet jakbyśmy mieli zagrać w szachy elektryczne pod wodą to by nas rozwalił ten gruby, bo widać że mózg jakiś, hehe

Sprawdzian z wosu? Bijacz plis, hehe. Konkurs bajkopisarstwa, hehe. Przynajmniej pobudziłem kreatywność. Bardzo mnie intryguje polecenie: napisz co wiesz na podane hasła. Na podane hasło to kolegi pies wie że ma lecieć po browara, hehe. To jest dobry agent. Robi zdrową kupkę a potem szoruje dupą po trawie, ziomek ma maniere. W sumie to jest fajna suczka ale na potrzeby łordpres nazwijmy go chwilowo psem. Nawet pies, ma więcej kultury niż ty, hehehe

Wydarzeniem dnia było jednak zdane prawko Żanety. Fil de pałer of modlitwa, hehe. Pomodliłem się i zdała. Ciekawe czy moja druga intencja się spełni, bo jak tak, to beka, hehe. Żaneto, gratuluje, masz szybkie ręce bo chyba manewr koperty był, hehe. Ja to wezne koperte, włoże pieniądze z monopolu dam egzaminatorowi i zdane, a jak nie to skrencamy do lasu. Podobno Żaneta ma jakiegoś golfa co bardzo raduje me serduszko. Ktura generacja? Dwujeczka, trujeczka? Generacja golfika*10 = ilość lansu, hehe. Tuba basowa= lans x 1,5. I ma mnie odwieźć do domu, i dobrze, bo chłopaki zobaczo że golf to od razu im gul skoczy. Bardzo ładnie Żanetko, będziesz odwoziła kolege „niezbyt w stanie” z baletu, hehe

Polska przegrała z Portugaliom ale nie bede płakał bo przeciesz 0:0 to dobry wynik. Podobał mi sie riwaldo szczegulnie jak zdjoł koszulke i trener Smuda który ma problem ze sklepaniem jednego zdania po Polsku – widocznie spał na polskim hehe. Beka z wieprza

Jak tak pacze to już nikogo nie ma na tym blogu to i ja powoli zwijam manatki i odchodze. Z łezką w oku wspomne moim przygłupim dzieciom o czasach w kturych miałem 26 wyświetleń na godzine

lamtumirë hehe
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.